Forum Nasze Forum "VOX MILITARIS" Strona Główna Nasze Forum "VOX MILITARIS"

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Ostatnie pożegnanie premiera Józefa Oleksego.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Nasze Forum "VOX MILITARIS" Strona Główna -> OSTATNIE POŻEGNANIA
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
julevin




Dołączył: 15 Sty 2008
Posty: 737
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 107 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 18:05, 08 Lut 2015    Temat postu: Ostatnie pożegnanie premiera Józefa Oleksego.

Homilia Księdza Arcybiskupa Metropolity Gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia wygłoszona podczas pogrzebu śp. Józefa Oleksego w Katedrze Polowej Wojska Polskiego Warszawa, 16. stycznia 2015

Droga Rodzino śp. Józefa Oleksego!
Przedstawiciele najwyższych instytucji życia Narodu!
Książe Biskupie Polowy Wojska Polskiego i Bracia Kapłani!
Przyjaciele, współpracownicy Zmarłego!
Bracia i Siostry!

W Domu Boga Żywego, w Katedrze Polowej Wojska Polskiego, żegnamy na drogę wieczności śp. Józefa Oleksego, wybitnego polityka – współtwórcę drogi III Rzeczypospolitej, dwukrotnego Marszałka Sejmu, Premiera polskiego Rządu.

Zostawił trwały, mocny, czytelny ślad w najnowszej historii naszej Ojczyzny. Zaskarbił szacunek i wdzięczność wielu. Także miłość. Zaświadczamy o naszej duchowej wspólnocie z tymi, w których życiu to prawo miłości uzewnętrzniało się w sposób najpełniejszy – z żoną Marią, z dziećmi Michałem i Julią, z rodzeństwem Zmarłego, z najbliższymi.

„Dziś, kiedy chwila rozłąki nadeszła”(2 Tm 4,6), żegnają śp. Józefa Oleksego ci wszyscy, których obdarowywał szczodrze ujmującym przymiotem swej osobowości – darem przyjaźni. Mocnej, niezachwianej. Takiej, która wytrzymała bez uszczerbku próbę lat i zmiennych zdarzeń.

Żegnają Go ci, których spotykał na drogach swego nieszablonowego, bogatego, wymykającego się schematom życia: naukowca, działacza partyjnego, polityka pełniącego najwyższe funkcje w niepodległej Rzeczypospolitej.

1. Ziarno chrztu rzucone w glebę życia
Żegna go Kościół Ofiarą Eucharystyczną. Ostatnią Paschą chrześcijanina, która zamyka czas jego ziemskiej drogi. Wyraża w ten sposób swoją jedność ze zmarłym. Oddaje go „w ręce Ojca”. A nam uczestnikom liturgii pogrzebowej ukazuje chrześcijański sens śmierci i nadzieję życia wiecznego.

Katolicki pogrzeb był pragnieniem śp. Józefa, wyrazem jego woli. Wypowiedzianym w sposób świadomy. Pogrzeb taki, to także powinność Kościoła. Bowiem śp. Józef był chrześcijaninem. Przed 68 laty, w rodzinnej, sądeckiej ziemi, został ochrzczony. W glebę jego kiełkującego życia rzucone zostało ziarno chrztu. Najpiękniejszy dar Boga. Fundament całego życia chrześcijańskiego. W godzinie chrztu świętego na życie całe został naznaczony godnością dziecka Bożego – niezatartym znamieniem tego sakramentu wtajemniczenia chrześcijańskiego. Przez działanie Ducha Świętego związany został z drogą Chrystusa. Bowiem, jak to przejmująco ujął św. Paweł w odczytanym przed chwilą urywku „Listu do Rzymian”: „przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca”(Rz 6, 3-4).

Pogrzeb chrześcijanina stanowi zwieńczenie i dopełnienie narodzin „z wody i Ducha świętego”, jakie rozpoczyna chrzest święty. Ukazuje misterium i tajemnicę śmierci w świetle Chrystusa Zmartwychwstałego. Bowiem „nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie; jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana (Rz 14, 7-9).



II. Splątane drogi życia
Umiłowani!
Przed kilkoma dniami złamana została trzcina i przestał płonąć knotek (por. Iz 43, 17) życia Józefa Oleksego. Otworzyły się przed nim drzwi wieczności. W prawdzie swego życia, które dobiegło ziemskiego kresu – taka jest nasza wiara – stanął przed Bogiem, sędzią sprawiedliwym i miłosiernym. To przed Nim zda sprawę z włodarstwa swego. Z biegu swych życiowych dróg, motywów, które wytyczały ich – w jego wypadku – zmienny bieg.

Dziś, w godzinie pożegnania, ledwie możemy tych dróg dotknąć, skrótowo je ukazać.

Pierwsza z nich rozpoczęła się tam, gdzie rodzinny, góralski dom w sądeckiej okolicy. Środowisko żmudnej, codziennej pracy. Promieniująca postać skrzętnej, pobożnej matki. Na tej drodze stanęło biskupie liceum w Tarnowie, zwane Niższym Seminarium Duchownym. Wspólnota nauki i wychowania w duchu katolickim. Mówił śp. Józef nieraz, że gdyby nie komuniści, którzy w przededniu jego maturalnej klasy zamknęli Niższe Seminarium,zapewne poszedłby dalej rozpoczętą wtedy drogą, wstąpiłby do tarnowskiego Wyższego Seminarium Duchownego. Mógł przecież wstąpić tam po uzyskaniu matury w państwowym liceum. Tak się jednak nie stało. Rozpoczął studia w elitarnej warszawskiej Szkole Głównej Planowania i Statystyki. To tam odmienił się kierunek jego drogi życiowej. Sprawy wiary poczęły schodzić z pierwszej linii jego życia – mówił o tym w jednym z ostatnich wywiadów. Zredukowane zostały do świątecznych tradycji: opłatka, dobrych życzeń, choinki. Bez życia sakramentalnego, bez podążania drogą Kościoła. Zredukowane ale przecież nie wyrzucone doszczętnie za burtę życia. U schyłku życia wspominał o wędrówkach swoich myśli ku transcendencji, ku tajemnicy życia, o filozoficznych lekturach. Antyklerykalizm, antykościelność nie stanowiły wyróżnika postawy Józefa Oleksego – przez lata działacza marksistowskiej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a w III Rzeczypospolitej lidera lewicowego ugrupowania. Różnił się tym od niektórych współtowarzyszy jego ideowej drogi. Nie przeszkadzał mu krzyż w sejmowej Sali. Nie przyklaskiwał antykościelnym bataliom podważającym zakorzeniony w polskich sercach ład chrześcijańskiego życia. Szedł drogą, która lewica włoska nazywa „tertia via” – droga dialogu. Zadziwił wielu, kiedy jako urzędujący premier lewicowego rządu, w 1995 roku klęczał przed Wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej. Jakby tamtego dnia wracał do źródeł swego życia. Jakby ku temu klęcznikowi w kaplicy Cudownego Obrazu prowadzony był ręką swej pobożnej matki – pątniczki jasnogórskiej.

10 czerwca 1999 roku Józef Oleksy wraz z małżonką był pośród pielgrzymów witających św. Jana Pawła II na jego siedleckiej stacji VII Pielgrzymki do Ojczyny. Był posłem z tego regionu. Można przypuszczać, że jako polityk o dużej wrażliwości społecznej, solidaryzował się ze słowami Ojca Świętego, który zwracał wtedy uwagę na to, że „upowszechniają się postawy egoizmu, niesprawiedliwości i braku wrażliwości na potrzeby innych ludzi”. Podtrzymywał przyjaźnie z kolegami ze szkolnych, tarnowskich lat, jednym z nich był śp. Ks. Tadeusz Dłubacz, pierwszy proboszcz tej katedry, koledzy księża z tarnowskiej i siedleckiej diecezji, którym pomagał w uzyskaniu pozwoleń pod budowę kościołów.

Druga z tych dróg to droga studenta SGPiS, rokującego duże nadzieje pracownika naukowego macierzystej uczelni. A potem pracownika Komitetu Centralnego PZPR. Pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Białej Podlaskiej, uczestnika, po stronie rządowej, obrad Okrągłego Stołu. Można pytać jaka była duchowa cena zmiany kierunku życiowej drogi. Szczególnie od tego momentu, kiedy związał się z komunistycznym aparatem partyjnym. Co poprzez podjęcie takich decyzji stracił? Co zaprzepaścił? Co osiągnął? Co zdobył? U schyłku życia tamte wybory tłumaczył oportunizmem i pragmatyzmem, ambicją, pragnienie życiowego i zawodowego sukcesu. Relatywizował swoją postawę. Twierdził, że można było wtedy żyć w swoistej etycznej magmie, bez stawiania sobie zasadniczych pytań. Czy to nie były zbyt proste diagnozy? Może o tym wątku swej drogi opowie we wspomnieniach, które zdążył napisać. Rozliczy tamten czas. Wyjaśni. Wytłumaczy. Tylu z nas było i jest dziećmi PRL-u. Przyszło mi służyć setkom Żołnierzy i Generałów, Woroszyłowcom, ale biło pod ich mundurami polskie, chrześcijańskie serce od chrztu poprzez katechezę do lat maturalnych. W przedszkolu prowadzonym przez s. Służebniczki grał rolę pastuszka – zachowało się z tego czasu zdjęcie. A pani Danuta Waniek Matkę Bożą.

Trudno mi mówić o tym, choć należymy do tej samej generacji, która przyszła na świat po zakończeniu II wojny świtowej. Jednak ta jej cześć, do której przynależę, poszła inną drogą. Doświadczyła w swych biografiach – choćby przez pryzmat represyjnej kleryckiej służby wojskowej – presji tamtego systemu, surowej ręki przewodniej siły narodu – komunistycznej partii.

Józef Oleksy był zbyt inteligentnym człowiekiem, żeby, na progu dorosłego życia nie być świadomym dramatów powojennej Polski, które rzutowały na wybory ludzkich dróg. Gasiły entuzjazm do tamtej rzeczywistości. Nakazywały dystans, ostrożność. Na jego Sądecczyźnie długo trwała walka niepodległościowego podziemia, o inny kształt Ojczyzny, niż ten, który przyniosła Armia Czerwona. Żywa była legenda „Ognia”, pamiętano o ks. Władysławie Gurgaczu, kapłanie na śmierć skazanym za pomoc leśnym oddziałom.

To pewne: nie był jednym z janczarów dawnego systemu, tych z pierwszej linii walki ideologicznej i politycznej. „Właściwie żyłem porządnie, starałem się nie wyrządzać ludziom zła, nie krzywdzić ich. Nawet jak byłem w reżimie komuny, unikałem sytuacji, w których bym czegokolwiek nadużywał, kogoś sponiewierał” – to jego słowa. Potwierdza je opinia wielu, którzy go z tamtych lat pamiętają.

I trzecia z dróg jego życia: droga: służba Polsce, która po 1989 roku poczęła w trudzie, pośród konfliktów i napięć, budować gmach wolności i niepodległości, demokratyczny ład, normalność, której tak bardzo nam przez lata brakowało.

W nowej rzeczywistości Józef Oleksy nie przestawił ideowej zwrotnicy. Pozostał człowiekiem lewicy. Pragnął ją przebudować. Usunąć z niej toksyny ideologicznego zacietrzewienia. Uwolnić od balastu złej przeszłości. Znaleźć dla niej miejsce w przestrzeni demokratycznej Polski. Uważał, że jest dla niej tam miejsce.

W III RP przeżył czasów wiele. Stał na czele instytucji życia narodu: Sejmu, Rządu, zajmował wysokie stanowiska państwowe, przewodził swej formacji. Bywało przecież, że doświadczał, i to w nader bolesny sposób tego, o czym przed wiekami mówił psalmista: „Ostre jak węże ich języki, a jad żmijowy pod ich wargami” (Ps 140). Ponosił klęski, z których, wydawać się mogło, trudno było się podźwignąć. On to jednak potrafił. Powracał na scenę politycznego życia.



III. Znalazłem owcę, która Mi zginęła

Śp. Józef Oleksy. Postać nieszablonowa, wyrazista. Wnosił do polskiej polityki czytelną, coraz rzadszą cechę: był człowiekiem kompromisu i dialogu. Gdy pytałem o ten dialog śp. Józefa nie udzielał odpowiedzi. Machał ręką.

Szczery, otwarty, przyjazny, życzliwy, nie tylko wobec swych admiratorów, także i tych, którzy stali po drugiej stronie politycznej barykady. Świetny polemista, ale bez zacietrzewienia, inwektyw, bez ubliżania komukolwiek, bez furii i piany na ustach.

Był patriotą polskiej Ojczyzny. Dawał temu wyraz. W różnych kontekstach. Kiedy mówił o potrzebie uwzględniania polskiego interesu narodowego. Umacniania polskiej tożsamości i historycznej pamięci. Niwelowania zaniedbań, ułomności, przemilczeń – w dużej mierze dziedzictwa minionego okresu, jego amnezji na wiele ran, jakie Polskę dotknęły. Może był to swoisty rachunek sumienia?, Zadośćuczynienie za grzechy zaniechania właściwe czasom PRL-u? Podam jeden przykład takiej postawy. Co roku 17 września zbieramy się na ul. Muranowskiej przy pomniku-wagonie dedykowanym Poległym i Pomordowanym na Wschodzie. To dzieło życia śp. Wojciecha Ziembińskiego, niezłomnego strażnika narodowej pamięci. To on zainicjował jego budowę. Kruszył różne mury obojętności, czasem złej woli. Gromadził społeczne środki, wciąż zbyt szczupłe, aby zrealizować swój zamysł. To dzięki wydatnemu wsparciu premiera Józefa Oleksego, impas został przełamany. Stanął pomnik. Jedno z najważniejszych, najbardziej wymownych miejsc narodowej pamięci Stolicy. Wspomniałem o tym geście Józefa Oleksego pięć lat temu podczas pogrzebu śp. Ministra Jerzego Szmajdzińskiego, jednej z ofiar tragedii smoleńskiej. To wtedy, po wyjściu z Katedry Polowej, spotkałem śp. Józefa Oleksego. Powiedziałem mu, że po tej tragedii coś w zasadniczy sposób zmieni się w Ojczyźnie naszej. Wierzyłem w to mocno. Pan Marszałek odpowiedział z właściwym mu wyczuciem politycznych realiów: „Zobaczy Ksiądz Biskup, za tydzień rzucą się sobie do gardeł”. I tak się stało. To ja się pomyliłem.

Umiłowani!
Znałem dobrze śp. Józefa Oleksego. Bywał tu, na Długiej, kiedy byłem biskupem polowym, odwiedzał mnie, kiedy byłem biskupem diecezji warszawsko-praskiej. Staje przed mymi oczyma w bogactwie swej barwnej osobowości: błyskotliwej inteligencji, pogody ducha, zmysłu humoru, dystansu do siebie, pozbawionej patosu naturalności.
Tak się złożyło, że połączył nas jesienią ubiegłego roku czas choroby po tym samym dachem warszawskiego szpitala. Moja przyszła nagle, jego trwała już długo, kilka lat. Przyjmował ją ze spokojem i duchowym pokojem. Z dystansem. Bez skarg. Bez akcentowania swych cierpień. Jego pobożna matka powiedziałby, że zdał się na wolę Bożą, że zrozumiał, że nasz ostateczny los spoczywa w innych rękach niż ludzkie. Kochał Rodzinę, żonę Majkę i dzieci Michała i Julię, i artystę malarza – Anglika, o którym żartobliwie mówił „wolałbym malarza pokojowego”. Czekał na wnuki.

To wtedy miała miejsce nasza długa rozmowa, dotykająca spraw wiary, także ostatecznych przeznaczeń człowieka. Jej następstwem stało się jego pojednanie z Bogiem. Powrót na szlak drogi rozpoczętej w rodzinnym, katolickim domu, parafialnym kościele, biskupim liceum w Tarnowie. Zszedł z niej, aby teraz, u schyłku życia na nią powrócić, nie dla koniunktury, nie dla efektownego gestu, nie po to, aby zaskoczyć, zdziwić, wręcz zbulwersować. Uczynił to – mam prawo tak sądzić – w sposób odpowiedzialny, z potrzeby sumienia i serca, z pragnienia powrotu do źródła życia. Powrotu na szlak drogi, którą idą polskie pokolenia. Drogi, która buduje polską tożsamość. To w niej Polska trwa. Drogi z Chrystusem. Drogi z Jego Kościołem.

Dlatego w dniu pożegnania śp. Józefa rozbrzmiewa Jezusowa przypowieść o Zagubionej owcy – Łukaszowa Ewangelia Odnalezienia. „Cieszcie się ze Mną, bo znalazłem owcę, która Mi zginęła” (Łk 15, 6). Brat nasz Józef w przeddzień swej śmierci przyjął sakrament namaszczenia chorych. Dopełnia on rozpoczęte przez chrzest dzieło naszego upodobnienia się do misterium Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa. Anioł śmierci przeprowadził go przez bramę śmierci – do wieczności.


Umiłowani!
W godzinie pożegnania śp. Józefa Oleksego mówi do nas Jezus: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele” (J 14,1).

Módlmy się z wiarą i nadzieją o miłosierdzie Boże dla naszego brata Józefa, który zmiennymi drogami swego życia doszedł do źródła życia, do Chrystusa, który jest „zmartwychwstaniem i życiem” (J 11, 25). „Cieszcie się ze Mną, bo znalazłem owcę, która Mi zginęła” (Łk 15, 6). I pamiętajmy, że „w życiu więc i śmierci należymy do Pana” (Rz 14,Cool. Tylko do Pana!

Amen. Niech tak się stanie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Nasze Forum "VOX MILITARIS" Strona Główna -> OSTATNIE POŻEGNANIA
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 - 2005 phpBB Group
Theme ACID v. 2.0.20 par HEDONISM
Regulamin