Forum Nasze Forum "VOX MILITARIS" Strona Główna Nasze Forum "VOX MILITARIS"

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Co inni piszą, a co nas też interesuje....
Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Nasze Forum "VOX MILITARIS" Strona Główna -> PRZECZYTANE W PRASIE I W INTRNECIE
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 9:46, 17 Maj 2013    Temat postu: Co inni piszą, a co nas też interesuje....

Nowa Jałta. Gotujmy się na strategiczny koszmarOpublikował:

Zespół "Rzeczy Wspólnych" 10 października 2012Kategoria:

Jacek Bartosiak
„Żadnych złudzeń, panowie!”. To przesłanie skierowane do Polaków przez cara Aleksandra II znów staje się aktualne, w związku z radykalnie zmieniającym się na naszą niekorzyść otoczeniem geopolitycznym.
Istotę tej fatalnej zmiany wyznaczają: strategiczna reorientacja Waszyngtonu na Pacyfik, spowodowana wzrostem potęgi Chin (przyspieszająca słabnięcie NATO), amerykańsko-rosyjski reset i współpraca energetyczna, oraz pogłębiająca się dekompozycja Unii Europejskiej przy jednoczesnym wzroście znaczenia Niemiec, połączonym z zacieśnieniem ich więzi z Rosją. Jeśli powyższe procesy będą postępować (a wszystko wskazuje na to, że tak będzie) nastąpi poważna rekonfiguracja ładu międzynarodowego. Dla Polski i państw dawnego imperium sowieckiego oznaczać to może – w pesymistycznym, ale prawdopodobnym scenariuszu – perspektywę Nowej Jałty. Podmiotowe aspiracje tych państw podporządkowane zostaną interesom krajów decydujących o porządku światowym z jednoczesną zmianą sojuszy, pozbawiającą Polskę oparcia w którejkolwiek z globalnych potęg.
Po ponad dwudziestu latach dobiegła zatem końca korzystna dla Polski pauza geopolityczna[1], podczas której wielu obserwatorom wydawało się, że nieubłagane prawa geopolityki zostały pokonane i nigdy nie powrócą. Iluzja była osadzona w spektakularnej supremacji USA oraz gospodarczej sile współpracującej w ramach Unii Europejskiej Europy Zachodniej. Od kiedy Niemcy, a wcześniej Prusy stały się silniejszym od Rzeczypospolitej aktorem, państwo polskie miało małe pole manewru geopolitycznego ze względu na położenie pomiędzy silniejszymi Niemcami i Rosją. Po 1989 r. Polska nie skorzystała z nadarzającej się okazji na zmianę układu sił w regionie Europy Środkowo-Wschodniej na tyle, by zneutralizować zagrożenie niekorzystnego dla nas zacieśnienia opartej o realne interesy współpracy niemiecko-rosyjskiej oraz amerykańsko-rosyjskiej. Jakkolwiek tę unikalną szansę zmarnowano, wciąż nie jest za późno, aby zbudować polską podmiotowość. Dziś sytuacja jest jednak o tyle gorsza, że – ponieważ miarą prawdziwej polityki jest bycie przygotowanym na wszystkie scenariusze – musimy liczyć się z rychłym nadejściem epoki postnatowskiej i postunijnej. Spróbujmy przeanalizować – z konieczności przyczynkowo – wpływ kluczowych graczy na arenie międzynarodowej na geopolityczne położenie Polski i zastanowić się nad polem manewru w powstającym nowym układzie sił.
Presja Chin i zmiana priorytetów Ameryki
W ciągu kilku ostatnich lat przywódcy amerykańscy przewartościowali swoje cele strategiczne, czego konsekwencją jest formujący się nowy, niekorzystny dla Polski, układ międzynarodowy z USA i Rosją jako sojusznikami. W XXI w. naprzeciw globalnego hegemona zaczął bowiem wyrastać potężny chiński konkurent i, począwszy od jesieni 2011 r., Stany Zjednoczone zmieniały dotychczasowy kurs w polityce zagranicznej. Ogłoszona w styczniu 2012 r. nowa strategia obronna[2] dokonała reorientacji na Zachodni Pacyfik w celu podjęcia rywalizacji z Chinami[3]. Przywódcy Państwa Środka po 2008 r. zakwestionowali hegemonię amerykańską w kluczowym dla gospodarki światowej regionie Azji Południowo-Wschodniej[4]. I to zarówno w wymiarze militarnym – poprzez rozbudowę zdolności morskich oraz zakwestionowanie zdolności skutecznej projekcji siły US Navy na Zachodnim Pacyfiku, jak i poprzez umiejętną rozgrywkę dyplomatyczno-gospodarczą. Ta ostatnia obliczona jest na podsycanie braku zaufania do słabnącego dolara jako waluty rozliczeniowej i rezerwowej świata poprzez podnoszenie alarmu związanego z drukowaniem przez Amerykanów waluty w celu ratowania gospodarki (quantitative easing). Co do rozgrywki wojskowej, obecnie analitycy amerykańscy oceniają, iż zdolności marynarki wojennej i sił rakietowych (tzw. II Korpus Artylerii)[5] Chin powodują, że Państwo Środka wygra w krótkim czasie konwencjonalną wojnę z USA, toczącą się w obrębie pierwszego łańcucha wysp (Riukiu, Tajwan, Luzon, Filipiny)[6], skutecznie eliminując możliwość amerykańskiej projekcji siły na tych akwenach. Wzbudza to uzasadniony niepokój sojuszników USA w regionie[7]. Wypchnięcie USA z Azji Południowo-Wschodniej i utrata kontroli nad tamtejszymi szlakami morskimi oznaczać będzie koniec globalnej hegemonii.
Amerykanie czują się najbardziej zagrożeni chińskim oddziaływaniem gospodarczym na otoczenie regionalne oraz możliwością zastąpienia dolara jako waluty rezerwowej i rozliczeniowej świata. Stąd nowa doktryna obronna poparta energiczną akcją dyplomatyczną w regionie w latach 2011–2012. Ta ostatnia miała przekonać partnerów amerykańskich w Azji, że USA są wciąż silne i stanowią filar bezpieczeństwa dla tych państw regionu, którym zagraża presja Chin, oraz że istnieje alternatywa wobec porządków chińskich, jaką jest handlowa strefa trans pacyficzna, gwarantowana przez Waszyngton. Skutkiem tej reorientacji jest m.in. wycofanie z Europy Środkowej i Wschodniej. Pierwsze sygnały zmiany stały się widoczne w roku 2009 (sprawa tarczy antyrakietowej oraz reset z Rosją). W styczniu 2012 r. sekretarz obrony Leon Panetta poinformował o wycofaniu ze Starego Kontynentu i rozwiązaniu dwóch z czterech stacjonujących tu brygad bojowych US Army oraz wezwał Europę do wzięcia odpowiedzialności za swoje militarne bezpieczeństwo. Administracja Baracka Obamy swoim postępowaniem wysyła sygnały (również do Polski), iż aktualny rozwój sytuacji w Europie, w tym zmiana układu sił w niej zachodząca, nie zagraża globalnej supremacji USA, w związku z czym Ameryka nie chce zużywać swoich zasobów na przeciwdziałanie tym zmianom. Założeniem tej polityki jest pozostawienie spraw do rozwiązania regionalnym graczom, tak ażeby każdy układ regionalny reprodukował się samodzielnie, co pozwoli skierować część energii słabnącej Ameryki do poważniejszych wyzwań. Wydaje się, że przeżywający kryzys hegemon akceptuje rosnące znaczenie Niemiec w Europie oraz zacieśniającą się (polityczną, gospodarczą i wojskową) współpracę Berlina z Moskwą, gdyż na tym etapie nie zagraża to USA, oraz, co równie ważne, poszerza amerykańskie pole manewru w nadchodzącej potencjalnej konfrontacji z Chinami, w której w szczególności Rosja będzie musiała odegrać kluczową rolę.
To właśnie wyzwanie chińskie jest solidnym fundamentem forsowanego przez elity amerykańskie resetu z Rosją. Pekin został uznany przez Waszyngton za konkurenta i słabnące supermocarstwo koncentruje siły do zbliżającej się konfrontacji. Jakiekolwiek ewentualne przesilenie, czy to w wymiarze gospodarczym poprzez zastosowanie taryf celnych chroniących przemysł USA i zmuszenie Chin do aprecjacji juana, czy to konflikt zbrojny, wymagało będzie pozyskania Rosji jako sojusznika przeciw Państwu Środka. Amerykanie zdają sobie również sprawę, że Chiny potrzebują dla swojego dynamicznego rozwoju dostępu do surowców. W związku z tym przeciągnięcie Rosji na swoją stronę osłabi rozwój konkurenta, co również wpisuje się w prowadzoną już jawnie od stycznia 2012 r. amerykańską politykę strategicznego powstrzymywania wpływów chińskich. Z drugiej strony, rosnąca potęga Chin u granic Rosji może wpływać ograniczająco na możliwości rosyjskiej ekspansji w kierunku zachodnim, a strategiczne, ogłoszone kilka miesięcy temu, chińskie zainteresowanie Polską zwiększyć może nasz potencjał międzynarodowy. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że choć możliwość bycia partnerem strategicznym Chin w Europie może być (zwłaszcza krótkoterminowo) atutem, to jednak rodzi niebezpieczeństwo bycia uznanym za konia trojańskiego Pekinu w przypadku eskalacji rywalizacji zachodnio-chińskiej.
Wzrost znaczenia Rosji
Mimo że Rosję wciąż trapią permanentne słabości[8], niepozwalające uczynić z kraju potęgi gospodarczej, to od czasu przejęcia władzy przez Władimira Putina wschodni sąsiad ustabilizował sytuację wewnętrzną, wzmocnił państwo i wykorzystując przede wszystkim surowce energetyczne, prowadzi przynoszącą efekty politykę zagraniczną, ukierunkowaną na odbudowanie strefy wpływów. Próby zrozumienia historii Rosji i powodów jej ekspansji były tak w przeszłości, jak i obecnie przedmiotem rozlicznych analiz i teorii. Wydaje się, że w praktyce sprawdziło się jedynie podejście oparte o założenia klasycznej geopolityki, zgodnie z którą głównym powodem, dla którego Moskwa od kilkuset lat prowadzi politykę imperialną, jest geografia. Otóż położenie Rosji powoduje, że jest ona mocarstwem lądowym[9], które na zachodzie i południu nie ma dla swoich stref wpływów oparcia o naturalne granice i nieustannie próbuje je „poprawiać” lub tworzyć uzależnione od siebie „bufory”. Powyższa logika ma charakter uniwersalny i dotyczy wszystkich dużych państw mających wystarczające zasoby do ekspansji, a przejawia się w politycznym lub gospodarczym podporządkowaniu sąsiadów. Logika ta wzmacniana jest czynnikami gospodarczymi, gdyż duży podmiot z dużym rynkiem i dużą podażą mocy kapitałowej i ludzkiej, oraz, dodatkowo, jak w przypadku Rosji, zasobami energii oraz potężnymi siłami zbrojnymi, łatwiej uzależnia słabszych sąsiadów.
Imperializm rosyjski nie wynika więc z ideologii ekipy rządzącej czy ustroju politycznego, lecz jest na stałe wpisany w utrwalony przez stulecia charakter tego państwa. Ekspansja na zachód będzie trwała zawsze, o ile potencjał Rosji będzie na to pozwalał, i mitygowana będzie ona jedynie siłą oporu państw leżących na jej drodze oraz ewentualnie potęgą oraz zaangażowaniem mocarstw zewnętrznych, które mogą, lecz nie muszą mieć interesu w jej powstrzymaniu lub zrównoważaniu. Doskonałą ilustracją obiektywnego charakteru powyższej prawidłowości jest historia ekspansji terytorialnej oraz gospodarczej Stanów Zjednoczonych, będącej naturalną konsekwencją uwarunkowań geopolitycznych tego kraju. Co to wszystko oznacza dla Polski? Otóż, nasze położenie geograficzne powoduje, że zawsze będziemy obiektem ekspansji rosyjskiej i będzie ona kwestią pierwszorzędną dla naszego bezpieczeństwa. Zatem polityka powstrzymania zakusów rosyjskich musi być stale prowadzona, a polscy przywódcy powinni zdawać sobie z tego sprawę i przygotowywać się do ewentualnych konfrontacji[10]. Natomiast kształtująca się aktualnie strategiczna współpraca Rosji i USA może być poważnym zagrożeniem dla polskiej podmiotowości, a na pewno będzie – poprzez zwinięcie amerykańskiego parasola ochronnego – utrudniać powstrzymywanie Rosji.
Dwuznaczna rola Niemiec
O ile zagrożenie ze strony wschodniego sąsiada jest najważniejszym z geopolitycznych problemów, z którymi musimy się zmierzyć, o tyle oparta o wspólne i trwałe interesy współpraca Rosji i Niemiec, w sytuacji gdy Polska jest słabsza od obu tych państw, zawsze będzie dla nas koszmarem strategicznym. Potencjał Niemiec po zjednoczeniu skrępowany był mechanizmami decyzyjnymi, panującymi w UE, oraz przekonaniem elit Republiki Federalnej, że jej strategiczne interesy są najlepiej realizowane poprzez Wspólnotę. Kiedy przywódcy niemieccy skonstatowali, że interesy niemieckie są silnie ograniczone dominacją amerykańską, a współpraca strategiczna z odradzającą się Rosją Putina może przynieść znaczące korzyści zarówno gospodarcze, jak i polityczne, rozpoczęło się stopniowe wychodzenie Niemiec z aktualnego układu geopolitycznego w celu powiększenia pola manewru w realizacji własnej polityki. Przejawem tego był Nordstream, sprzeciw wobec tarczy antyrakietowej i promowanie rosyjskich interesów w Unii. W tym samym czasie pozycja Niemiec w ramach Wspólnoty uległa znacznemu wzmocnieniu dzięki zarówno mądrej polityce gospodarczej rządu, dbającego o niemiecki przemysł i finanse, jak i wskutek kryzysu strefy walutowej, której ostatecznym gwarantem są Niemcy. To dało temu państwu swobodę w wyznaczaniu kierunków rozwoju UE, a kolejna fala kryzysu strefy walutowej może dać Berlinowi niemal właścicielskie uprawnienia wobec Unii. Paradoksalnie, jest to zarazem dobre i złe dla interesów strategicznych Polski. Niemcy zdobędą co prawda kolejny instrument władzy nad innymi państwami, ale otrzymają władzę we Wspólnocie w zamian za dalsze jej trwanie, co jest korzystniejsze, niż gdy Niemcy prowadzą politykę całkowicie samodzielną (np. wobec Rosji), nie musząc się liczyć z całym splotem interesów państw członkowskich oraz instytucji i regulacji unijnych. Należy pamiętać, że przywódcy Niemiec codziennie myślą, czy Unia im się jeszcze opłaca. Dlatego dla bezpieczeństwa Polski RFN jest państwem obrotowym. Już w tej chwili ich siła i romans z Rosją są dla nas zagrożeniem. W razie rozpadu UE sojusz Rosji i Niemiec uległby poważnemu wzmocnieniu.
Słabnięcie Unii Europejskiej
Projekt europejski oparty został o dwa fundamentalne założenia, które trafiły do przekonań mieszkańców Unii: Wspólnota miała zapewniać prosperity – i to bez wyrzeczeń. Aprobując te założenia, elity kolejnych państw narodowych oddały część swojej suwerenności. Kryzys finansowy oraz kryzys strefy walutowej obalił oba założenia. Unia Europejska nie gwarantuje już prosperity, a od niektórych członków zaczęto domagać się wyrzeczeń w imię ratowania wspólnej waluty i utrzymania stabilności gospodarczej innych państw strefy. Po raz pierwszy solidarność wystawiono na próbę. Okazało się też, kto ma decydować, co będzie przedmiotem wyrzeczeń, kto będzie musiał ich dokonywać i kto cały proces ma nadzorować. Decydentami i nadzorcami zostali Niemcy, bo oni są gwarantem istnienia Unii, czyli oczekiwanego wciąż przez społeczeństwa unijne prosperity. Gwarantowi w sposób naturalny przypada władza. Zważywszy na dynamikę kryzysu, władza ta może stać się wkrótce arbitralna. A na to społeczeństwa państw przystępujących do Unii i strefy walutowej się nie umówiły. Rozładować to napięcie będzie bardzo trudno, co może nawet doprowadzić do końca Wspólnoty.
W dniu, w którym Niemcy nabiorą przekonania, iż Unia nie służy już w sposób wystarczający ich interesom, realnie przestanie ona istnieć. Nawet jeśli formalnie będą jeszcze w mocy traktaty, rozdawane będą intratne stanowiska i funkcjonować będą organa wspólnotowe. W interesie Polski jest trwanie Unii w jej aktualnym kształcie, który z jednej strony wspiera w pewnej części polskie projekty modernizacyjne, a z drugiej strony krępuje niemiecką politykę zagraniczną. Rolą Polski jest więc wspieranie wszelkich reform unijnych, które umożliwią jej trwanie i dalsze wiązanie Niemiec, lecz bez perspektywy powstania państwa unijnego z jednolitą polityką fiskalną i jednym centrum decyzyjnym, zarządzającym peryferiami. Coraz bardziej dominujące w słabnącej UE Niemcy mają bezpośredni interes w sojuszu z Rosją, gdyż niemiecka gospodarka potrzebuje rosyjskich zasobów energetycznych, a Rosjanie potrzebują technologii, które Berlin ma w nadmiarze. Daje to potężny i upragniony efekt synergii, który jest podstawą trwałych sojuszy. Niemieckie problemy demograficzne mogą być kompensowane wykorzystaniem rosyjskiej taniej i wykwalifikowanej siły roboczej, pracującej w samej Rosji. Berlin i Moskwa nie mają też żadnych sprzecznych interesów geopolitycznych, stąd RFN jest zainteresowana modernizacją rosyjskiej armii.
Międzymorze
W odpowiedzi na zachodzące zmiany w sytuacji geopolitycznej istnieje możliwość wzmocnienia pozycji Polski poprzez współtworzenie wspólnoty bezpieczeństwa ze wszystkimi państwami Europy Środkowo-Wschodniej i Północnej zagrożonymi ekspansją rosyjską, które, chcąc zachować szansę własnego podmiotowego rozwoju, powinny nawiązać współpracę regionalną. Współpraca taka miałaby na celu tworzenie Rosji przeszkód oraz kosztów na drodze ekspansji. Będzie wymagało to gotowości poniesienia kosztów konfrontacji. Polityka ta nie musi być wprost sprzeczna z wielkim projektem elit zachodnioeuropejskich (a od niedawna również części amerykańskich), polegającym na zaproszeniu Rosji do kooperacji gospodarczej i surowcowej oraz strategii powstrzymywania Chin. Współpracująca sojuszniczo z Zachodem Moskwa będzie musiała uwzględnić interesy Warszawy, jeżeli ta będzie wystarczająco silna i wartościowa dla krajów zachodnich oraz będzie liderem Międzymorza[11]. Polityka wschodnia wymagać też będzie nowoczesnej i sprawnej armii, która z jednej strony zdolna będzie do obrony terytorium RP, spełniając funkcję odstraszającą agresora, a z drugiej strony będzie miała zdolność do wspierania interesu polskiego na wschód od polskich granic, gdyby zaszła taka potrzeba. Polska musi bowiem dążyć do tego, by stać się w Europie Środkowej podmiotem silniejszym niż Rosja, co uczyni z naszego kraju partnera, którego zasoby mogą być przydatne dla realizacji interesów USA. W niebyt oddaliłby się polski odwieczny dylemat: Rosja czy Niemcy, bo to wówczas Niemcy lub Amerykanie mieliby dylemat w rodzaju: Rosja czy Polska.
Między Niemcami a Rosją
Wycofanie strategiczne USA z regionu, amerykańska potrzeba sojuszu z Rosją w celu powstrzymania Chin, oraz zbliżenie Berlina i Moskwy zapowiadają Nową Jałtę. Znajdujący się pomiędzy Niemcami a Rosją przywódcy polscy, dokonując strategicznych wyborów, muszą wziąć pod uwagę wielość czynników determinujących przyszłość, w tym także ten, iż niebawem może dojść do poważnej zmiany architektury ładu globalnego. Bardzo prawdopodobne, że Stany Zjednoczone już wkrótce nie będą mogły lub nie będą chciały gwarantować naszego bezpieczeństwa, a interesy poszczególnych państw wspólnoty euro-atlantyckiej, na której oparte były NATO i UE, staną się rozbieżne. Rosja natomiast może wystąpić w nowej roli opartej o częściową przynajmniej wspólnotę interesów z jednej strony ze Stanami Zjednoczonymi (w kwestii Chin), a z drugiej strony z Niemcami (współpraca gospodarcza i wojskowa), co pozwoli jej znacznie efektywniej realizować naturalną dla niej politykę podporządkowywania państw położonych na osi jej geopolitycznej ekspansji.
Po złudzeniu „końca historii” wkrótce nie będzie już śladu. I nie ma obecnie dla polskich elit ważniejszego zadania niż przygotowanie się na najgorsze scenariusze, w tym na Nową Jałtę.
Jacek Bartosiak (ur. 1976), adwokat, zawodowo zajmuje się obsługą prawną biznesu, w tym transakcji międzynarodowych. Ekspert Fundacji Republikańskiej. Urodził się i mieszka w Warszawie. Mąż, i ojciec dwóch córek.
________________________________________[1]Poprzednia pauza geopolityczna dla Polski trwała przez kilka lat po zakończeniu I wojny światowej.
[2] Departament Obrony USA: Sustaining US Globar Leadership: Priorities for 21st Century Defense (Washington DC. Departament Obrony 2012, ss. 1–5), dostępne na: [link widoczny dla zalogowanych]
[3] Chiny są konkurentem znacznie potężniejszym od każdego z państw, które w przeszłości próbowały bezskutecznie podważać hegemonię USA, gdyż dysponującym potęgą gospodarczą, ogromnym, zdyscyplinowanym, żądnym wiedzy i rozwoju społeczeństwem, oraz innymi przymiotami, które predestynują do potęgi geopolitycznej z wyjątkiem – jak na razie – potencjału morskiego.
[4] Region Azji i Zachodniego Pacyfiku w ostatniej dekadzie stał się najważniejszym w świecie obszarem wymiany gospodarczej oraz centrum kluczowych handlowych szlaków komunikacyjnych i morskich, jak również centrum populacyjnym świata; populacje każdego z krajów regionu mierzone są w dziesiątkach i setkach milionów ludzi, nie wspominając o Chinach i Indiach; w regionie koncentrują się sploty interesów ekonomicznych świata ery globalizacji, a przez Morze Południowochińskie i cieśninę Malakka, według różnych danych, przepływa rocznie ok. 20–40 % wolumenu handlu światowego, oraz 90% ropy naftowej sprowadzanej do Chin, Japonii i Korei Południowej.
[5] Należy zdawać sobie sprawę, że Chiny dysponują w regionie przewagą strategiczną, mając po swojej stronie tzw. głębię strategiczną, możliwość operowania po liniach wewnętrznych teatru wojennego oraz przewagę w ofensywnych środkach rakietowych, dysponując jako jedyni w świecie rakietami balistycznymi krótkiego i średniego zasięgu oraz rakietami mającymi zdolność do rażenia zespołów bojowych lotniskowców US Navy w ruchu. Amerykanie nie mają w swoich arsenałach broni ofensywnej o takim zasięgu i precyzji, poza tym musieliby razić cele wewnątrz ogromnych Chin. Siły zbrojne Chin mogą natomiast zasypać bazy i okręty amerykańskie w regionie rakietami i zniszczyć je w pierwszych dniach wojny.
[6] Analitycy w USA uważają, że obecnie niemożliwa jest skuteczna obrona Tajwanu i Korei Południowej, a obrona Japonii będzie bardzo trudna.
[7] Stąd w odpowiedzi opracowywano koncepcję wojny powietrzno-morskiej na Zachodnim Pacyfiku, stanowiącą od stycznia 2012 r. podstawę nowej doktryny wojennej USA.
[8] Przede wszystkim cierpi na problemy infrastrukturalne, nie mogąc obsłużyć ogromnego terytorium lądowego, a jako państwo niemorskie nie może tego problemu odciążyć rozwojem handlu i transportu morskiego. Ogromny obszar przy permanentnym braku infrastruktury powoduje, iż władzę można tam sprawować głównie w oparciu o silny aparat państwowy poparty przymusem lub groźbą jego użycia, co krępuje z kolei rozwój klasy średniej i konkurencyjność gospodarki.
[9] Wszystkie, aktualnie nadające się do użytku, rosyjskie porty morskie i oceaniczne są skanalizowane wąskimi cieśninami znajdującymi się pod kontrolą innych państw; wkrótce sytuacja może ulec zmianie, albowiem w związku ze zmianami klimatycznymi powstaje nowe, całoroczne przejście arktyczne północno-wschodnie, całkowicie kontrolowane przez Rosjan i znajdujące się w znacznej części na rosyjskich wodach terytorialnych; przejście to istotnie skraca trasy morskie z Europy do Azji.
[10] Konfrontacja nie musi oznaczać wojny. Pomiędzy różnicą interesów geopolitycznych prowadzącą do konfrontacji geopolitycznej a wojną jest bardzo dużo przestrzeni politycznej, w której dokonuje się konfrontacja pomiędzy konkurentami. Przykładem jest konfrontacja polsko-rosyjska o miejsce geopolityczne Ukrainy podczas pomarańczowej rewolucji, konfrontacja części państw regionu Międzymorza z Rosją w czasie wojny gruzińskiej, zamanifestowana wizytą w Tbilisi, lub reakcje rosyjskie na zakup Możejek oraz embargo na polskie mięso kilka lat temu.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 18:53, 19 Maj 2013    Temat postu: Kolejna rocznica bitwy pod Monte Cassino

CZY WIDZISZ TE GRUZY...”
Nowy Ekran- chart
ZACHOWAJ ARTYKUŁPOLEĆ ZNAJOMYM

Monte Cassino. Z jednej strony zgrabnie rozegrana bitwa, dowodząca taktycznego talentu gen. Andersa. Z drugiej kwintesencja bezsensu form naszego udziału w tej wojnie na froncie zachodnim. Anglicy o takich przedsięwzięciach mówią: „useless but fun”.

Nie tylko zdobywaliśmy klasztor, który - jak się niemal jednocześnie okazało - spokojnie można było obejść, uzyskując ten sam cel strategiczny. W ten sposób przyłożyliśmy także rękę do symbolicznego zniszczenia obiektu emblematycznego dla kultury europejskiej przez nowego światowego hegemona i barbarzyńcę zarazem. A wszystko to czyniliśmy w sytuacji, gdy wojna na Zachodzie była już dla Polski praktycznie skończona, dla rządu londyńskiego i jego zaplecza - przegrana i w zasadzie nie pozostawało nic innego, niż szykować się do powrotu do kraju skazanego już na rządy komunistów i dominację sowiecką. Przykro to powiedzieć, ale ta bitwa była po prostu Polakom niepotrzebna. Tyle, że sobie gen. Anders uwił w końcu biały pióropusz...
Legenda Monte Cassino w polskiej świadomości siedzi mocno. Co więcej, faktycznie jest ku temu szereg przesłanek. Jak na bitwę stoczoną w zasadzie tylko ku pokrzepieniu serc – była stosunkowo tania, a co ważniejsze zwycięska, a więc przynajmniej optymistyczna, służąca kultywowaniu heroicznych cnót narodu bez zbędnej i szkodliwej martyrologii. Z drugiej jednak strony jednocześnie Monte Cassino służy też utrzymywaniu innych niezdrowych miazmatów charakteru narodowego, wyrażanych sloganami „Poland First to Fight” oraz „Le Polonais passe par tout!”, które obrażają inteligencję utrzymując, że ważniejsza jest sama walka i „przechodzenie wszędzie” niż sens i cel obu tych aktywności.
Otóż prawda jest taka, że klasztoru wcale zdobywać nie musieliśmy – bo dowódca II Korpusu miał wybór czy podejmować się zadania uznanego za niemożliwe (tzn. zbyt kosztowne); nie musieliśmy – bo było już po Konferencji w Teheranie i jasnym wyrażeniu stanowiska przez rząd Churchilla w sprawie granic Polski i sytuacji powojennej (z dn. 12 lutego 1944 r.); wreszcie nie musieliśmy – bo Linię Gustawa można było obejść i przełamać inaczej, czego dowiodły działania Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego marszałka Alfonsa Juina. Słowem – walczyliśmy jak to Polacy – o chwałę i honor, czyli o nic.

Tak zresztą nasz udział w zdobywaniu klasztoru był też oceniany przez współczesnych, co może dziś wydawać się dowodem perfidii Zachodu, ale jest po prostu zwykłym objawem tego światowego aksjomatu, że każda pliszka swój ogonek chwali. W piątym tomie pamiętników wojennych Churchilla o Monte Cassino napisane jest m.in. tak: „Rankiem 18 maja miasto Cassino było ostatecznie zdobyte przez 4 dywizję brytyjską, podczas gdy Polacy wywiesili triumfalnie swoją banderę biało-czerwoną nad ruinami klasztoru. Jakkolwiek nie oni pierwsi tam weszli, odznaczyli się wspaniale w tym, co było ich pierwszą bitwą poważniejszą na terenie Włochi”. I tyle. Potem brytyjski premier zdobył się jeszcze na kilka zdawkowych komplementów wobec Polaków i Francuzów za ich udział w kampanii włoskiej. Żadnej więcej „nieśmiertelnej, międzynarodowej chwały” żołnierz II Korpusu nie zdobył – bo światowa polityka takim miodem dla uszu wprawdzie czasem posługuje się w swej propagandzie, ale przecież nie traktuje go poważnie.
Anders faktycznie chwały przysporzył sobie, zresztą czuł, że jest mu ona potrzebna jako temu, który uciekł przed Wehrmachtem ze Związku Sowieckiego w fałszywym przekonaniu, że Armia Czerwona już wojnę przegrała.

Faktycznie też, na bazie Monte Cassino zaplecze polityczne generała ukuło po wojnie teorię „hetmanatu”, przywództwa „Zwycięskiego Wodza” na emigracji, w czym celowało zwłaszcza czasopismo „Orzeł Biały”, czy tacy teoretycy, jak np. uzdolniony publicysta Zdzisław Stahl. Faktycznie, ex-GISZ był np. dla Eisenhowera lepszym partnerem do pyknięcia sobie fotki na użytek Polonii przed wyborami prezydenckimi – bo i nie stał za nim krępujący „legalizm”, a i zdolności polityczne były godne oficera jazdy, a nie narodowego lidera. Słowem z tego, że sobie ów wytykany przez gen. Sosnkowskiego „biały pióropusz” Anders uwił – nic pożytecznego dla Polski nie wynikało.

Oczywiście sam Anders obronił się w polskiej świadomości. Przysłużyli mu się komuniści czyniąc z jego „powrotu na białym koniu” synonim końca swej władzy w Polsce, pomogła dancingowa nuta „Czerwonych maków”, wreszcie piękna i nobliwa wdowa, będąca już w III RP depozytariuszką pamięci po generale. Również białe mury klasztoru, spartański cmentarz u jego stóp, czy książka Wańkowicza zbudowały dowódcy II Korpusu pomnik, którego burzyć rzecz jasna nie ma sensu. Charyzma generała była zresztą niezaprzeczalna, skoro ulegały jej takie osoby jak o. Bocheński, piszący w swym wywiadzie-rzece: „Anders to dużej klasy, twardy dowódca. (…) Muszę powiedzieć, że z ludzi, których poznałem we Włoszech najbardziej mi zaimponował generał Anders. (…) Jako dowódca. Proszę sobie wyobrazić, że on potrafił w czasie bitwy spać. Był bardzo ceniony przez żołnierzyii”. Zakonnik posunął się zresztą tak daleko, że niedwuznacznie sugerował – ale bynajmniej nie potępiał uleganie przez Andersa zwyczajom wyższych brytyjskich dowódców, jak posiadanie haremu, organizację orgii i biesiadny, wielkopański styl władzy na Korpusem. Ciekawsze jest jednak co o. Bocheński napisał o samej bitwie: „Monte Cassino to była zresztą tania bitwa. Każda śmierć jest bolesna, ale co to jest tysiąc ludzi wobec strat w Warszawie.

Jak dzieci w roku 2100 uczyły się będą historii, to z całej II wojny światowej zostaną tylko Monte Cassino i Powstanie Warszawskie, na jednej płaszczyźnie. Pod względem strategicznym bitwa była dość nieciekawa – użycie korpusu tak jak batalionu, czysto taktyczneiii”.

Ano właśnie, Monte Cassino choćby ze względu na skalę strat i fakt, że było operacją wojskową, a nie politycznie motywowanym eksperymentem na żywej, cywilnej tkance miasta – ma bez wątpienia wyższość na powstaniem anty-warszawskim. Nie oznacza to jednak, że bitwa ta miała więcej sensu, jest więc tym dziwniejsze, że stoczono ją pod dowództwem generała, który potem tak surowo potępił ruchawkę w stolicy.

Powtórzmy – fakt bankructwa polityki polskiej opartej na wiarę w sojuszników zachodnich był w maju 1944 r. oczywisty. Było już po konferencji moskiewskiej w październiku 1943 r., po Teheranie, a także po wkroczeniu Armii Czerwonej na przedwojenne terytorium II Rzeczypospolitej, do czego doszło 3/4 stycznia 1944 r. 8 dni później rząd sowiecki jasno wskazał jak traktuje ziemie przyłączone do swego państwa na podstawie „referendów” z 1939 r.'''

16 stycznia przedstawiając swój projekt odpowiedzi na deklarację Stalina – Churchill brutalnie wskazuje, że rząd JKM uważa za przyszłą „linię demarkacyjną” między Polską a ZSSR linię Curzona ze Lwowem po stronie sowieckiej, a przy okazji żąda rekonstrukcji gabinetu Mikołajczyka i uznaje prawo RKKA do organizowania na swoją modłę porządku na zapleczu frontu. Niestety, było już po meczbolu i tylko nam się wydawało, że gra jeszcze trwa. Inaczej mówiąc sytuacja wyglądała niczym w polskiej ekstraklasie piłkarskiej – niby jeszcze jakieś rozgrywki trwały, ale było już po spotkaniu prezesów klubów i układ tabeli został ustalony.

Czy wobec tego należało złożyć zabawki, bawić się w bunty, o których opowiadano w kantynach II Korpusu i które ponoć chodziły po głowach polskim dowódcom? Oczywiście nie, bowiem to również niczego by nie dało, utrudniając jedynie demobilizację i powojenne życie kombatantów. Z drugiej strony może jednak skłoniłoby to jeszcze więcej z nich do powrotu do kraju, zamiast bezcelowego i jałowego trwania na emigracji. Tak czy siak jednak opcja pro-zachodnia poniosła klęskę i była to tylko jedna z wielu porażek wynikających z faktu, że kolejne rządy polskie nie umiały wykorzystać znakomitej możliwości wynikającej z stnienia w tej wojnie dwóch ośrodków alianckich – waszyngtońsko-londynskiego i moskiewskiego. Ślepe trzymanie się tej pierwszej opcji, będącej dla Polski w istocie sojuszem egzotycznym i odrzucanie możliwości porozumienia z Sowietami (mimo cząstkowych sukcesów gen. Sikorskiego) – zaprowadziło sprawę polski w ślepy zaułek. I że sobie na jego końcu, przed samą ścianą urządziliśmy narodowe fajerwerki pt. „zdobywamy Monte Cassino” - to już naprawdę niczego zmienić nie mogło.
Polityki (w tym zwłaszcza wojen) – nie prowadzi się bowiem dla chwały, uznania świata czy potomnych, ani dla takich abstraktów jak „honor”. Jej celem jest przetrwanie, zwiększanie siły własnej, a więc i nie rozpraszanie się na takie pokazówki. Nawet najładniejszej taktycznie.

Jeśli bowiem PR tego wymaga, amunicję zawsze można znaleźć. Czesi mając jedną spacyfikowaną wieś nadali jej większy światowy rozgłos, niż my całej wygnanej i spalonej Zamojszczyźnie... Dobrze więc, że chociaż raz świętujemy wygraną bitwę, a nie jakieś poronioną klęskę zwaną „moralnym zwycięstwem”. Ale od pytań o jej sens – i udzielania surowych odpowiedzi, bynajmniej nas to nie zwalnia.
Konrad Rękas
iCyt. za: Stanisław Cat-Mackiewicz, „Zielone oczy”, Warszawa 1958 r., str. 207
ii„Między logiką a wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys”, Montricher 1992, str. 293
iiiop. cit. str. 290


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 18:53, 20 Maj 2013    Temat postu: A wszyscy liczą na obiektywność sędziów??????

Nepotyzm zawodowy sędziów i prokuratorów



12 lipca 2012r złożyłem w biurze podawczym Prokuratora Generalnego zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez: • 5 – funkcjonariuszy policji z KP Warszawa Białołęka oraz KRP VI Warszawa Praga Północ, • 10 – ówczesnych asesorów Prokuratury Rejonowej i prokuratorów Prokuratury Rejonowej Warszawa Praga Północ, • 4 – prokuratorów Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga • 7 – ówczesnych [...]


12 lipca 2012r złożyłem w biurze podawczym Prokuratora Generalnego zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez:

• 5 – funkcjonariuszy policji z KP Warszawa Białołęka oraz KRP VI Warszawa Praga Północ,
• 10 – ówczesnych asesorów Prokuratury Rejonowej i prokuratorów Prokuratury Rejonowej Warszawa Praga Północ,
• 4 – prokuratorów Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga
• 7 – ówczesnych asesorów i sędziów Sądu Rejonowego Warszawa Praga Północ
• 10 – sędziów Sądu Okręgowego oraz sędziów SR del do Sądu Okręgowego Warszawa Praga
• sędziego SSN
• prezes SA w Warszawie z okresu moich wniosków sygnalizacyjnych z dnia 06.03.2010r oraz 23.05.2010 o naruszeniach prawa w sprawie sygn. akt. VI Ka 413/09

Nemo iudex in causa sua – Nikt nie może być sędzią we własnej sprawie
Jest to podstawowy warunek bezstronności organu rozstrzygającego sprawę!!!!!!!
W tej kwestii należy w pierwszej kolejności ustalić:
• czy sędzia jest organem na pewno nie, jest urzędnikiem – funkcjonariuszem publicznym art. 115 §13 pkt.3 k.k. to sąd jest organem!
• czy prokurator jest organem na pewno nie, jest urzędnikiem – funkcjonariuszem publicznym art. 115 §13 pkt.3 k.k. to prokuratura jest organem!

Czy w takim razie prokurator Szymon Brzozowski z Prokuratury Rejonowej Warszawa Praga Północ miał moralne i etyczne prawo jako przedstawiciel organu, który reprezentuje wydać postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa wobec osób, które reprezentują organy państwa wymienione powyżej.
Z dokonanych fałszerstw wydanego postanowienia, przez Szymona Brzozowskiego oraz z mojego doświadczenia życiowego, nie miał takiego prawa z następujących powodów:
• postanowienie nie zostało rozpoznane zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa – Konstytucja oraz ustawy kodeks karny precyzyjnie określiły zakres penalizacji przestępstw z tego grona nie zostali wyłączeni żadni funkcjonariusze publiczni w tym sędziowie, prokuratorzy
• postanowienie zostało wydane w pierwszej dacie już 31 lipca 2012r, następnie datę zaklejono i wpisano nową datę 20 sierpień 2012r. i po tych dwóch datach z datą 25 sierpnia 2012r sfałszowano załącznik nr 1 do protokołu przyjęcia ustnego zawiadomienia o przestępstwie(…)/przesłuchania w charakterze świadka: Tomasza Gumiennego – czyli nie ustalono zgodnie z prawem strony postępowania oraz pokrzywdzonego!!!!!!!!!
• postanowienie jest typowym nepotyzmem zawodowym chroniącym ludzi występujących jako funkcjonariusze publiczni przed odpowiedzialnością karną, po ujawnieniu ich bezprawia przez stronę postępowania – a nie wyniku ustawowej kontroli między instancyjnej!!!!!!!!!!
• postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa jest nepotyzmem zawodowym bo w swojej praktyce zawodowej nie można wykluczyć, że Szymon Brzozowski jako oskarżyciel publiczny sam posługiwał się protokołem przeszukania druk MS 18 oraz spisem i opisem rzeczy druk MS 18a dokumenty te umożliwiają sfałszowanie druku MS 18 oraz druku MS 18a po ich sporządzeniu bez wiedzy osoby prawnie zainteresowanej. Skoro był ujawniony jeden przypadek to takich podobnych spraw może być tysiące, druk obowiązuje od połowy roku 1998 roku.
• postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa jest nepotyzmem zawodowym bo w swojej praktyce zawodowej nie można wykluczyć, że Szymon Brzozowski jako oskarżyciel publiczny posługiwał się opiniami biegłego w zakresie biologii kryminalistycznego ośrodka badawczo naukowego, który nie posiada zgodnego z prawem laboratorium do wykonywania takich badań, co jest potwierdzone w spisach [link widoczny dla zalogowanych] – brak takiego laboratorium, Rejestr REGON numer identyfikacyjny 016310277 Polska Klasyfikacja Działalności – PKD 2007 dla kryminalistyczny ośrodek badawczo naukowy zakres działalności Pozostałe badania i analizy techniczne 71.20.B – czy taki podmiot może wykonywać ekspertyzy biologiczne? Jak wynika z zeznań Grażyny Pieniążek sygn. akt 1 Ds. 301/08 – tak!!!!!!
czy na tej podstawie sądy bezprawnie skazywały zapewne tak, i takich spraw może być tysiące!!!!!!!
• postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa jest nepotyzmem zawodowym bo z kopii dokumentów załączonych do zawiadomienia wynika, że funkcjonariusze policji i asesor prokuratury rejonowej fałszowali dokumenty procesowe oraz poświadczali nieprawdę, a pozostali prokuratorzy i sędziowie sądów powszechnych i SN takimi dokumentami posługiwali się ale również w sądzie okręgowym dokonano przygotowania do sfałszowania własnego uzasadnienia z apelacji, takich spraw może być tysiące. Tak sfałszowane uzasadnienia następnie trafiały do Sądu Najwyższego w celu rozpoznania kasacji, mnogość takich kasacji może być porażająca!!!!!!!!
• postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa jest nepotyzmem zawodowym, dla legalności postępowania wobec konkretnej osoby (w tym przypadku mój syn) musi być spełniony podstawowy warunek jest on określony w art. 313 k.p.k., nie spełnienie tego warunku skutkuje to tym, że wszystkie czynności były bezprawiem takie jak areszt wydobywczy, śledztwo, akt oskarżenia, postępowanie jurysdykcyjne, skazanie i 5 lat 7 miesięcy 3 dni bezprawnego pozbawienia wolności – są to przestępstwa ścigane z urzędu ale nepotyzm zawodowy na to nie pozwala – takich spraw może być tysiące!!!!!
• pozbawienie wolności świadka nie mając do tego postanowienia Sądu Rejonowego jest przestępstwem ściganym z urzędu ale nepotyzm zawodowy na to nie pozwala bo takich spraw może być tysiące!!!!!!

Nepotyzm w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie

W dniu 16 marca 2010r. złożyłem wniosek sygnalizacyjny o uchybieniach w postępowaniu sygn. akt. VI Ka 413/09 do wniosku dołączyłem
Zał. nr 1 pierwsza strona protokół przesłuchania w charakterze świadka art.177 k.p.k.
Zał. nr 2 pierwsza strona protokołu przesłuchania w charakterze podejrzanego art.308 § 2 k.p.k.
Zał. nr 3 kopia protokołu z dnia 17.03.2008r k.361
Zał. nr 4 kopia protokołu z dnia 24.11.2008r k.780-781

Zał. nr 3 i 4 nie wykazywały, że w aktach sprawy znajduje się najważniejszy dokument tj. ten wynikający z art. 313 k.p.k., który to pozwala na prowadzenie śledztwa wobec już konkretnej osoby.
Kopie tych dokumentów bezspornie potwierdzały, że od 24 lipca 2007r. młodociany w rozumieniu prawa jest bezprawnie pozbawiony wolności. Prezes sądu nie wykonał postanowień Konstytucji oraz ustaw do natychmiastowego wszczęcia procedury wznowieniowej oraz nie wszczął procedury do uwolnienia mojego syna jak również nie wykonał ustawowego nakazu o denuncjacji.
Sprawę przekazał bezprawnie do rozpoznania przez sąd, który wydał prawomocny wyrok, bezprawność wynika z art. 544 §1 k.p.k.
10 czerwca 2010r złożyłem ponowny wniosek sygnalizacyjny, do dzisiaj nie otrzymałem odpowiedzi. Z pisma Wiz-4100-17/13/K niezawisłego wiceprezesa sądu apelacyjnego Grzegorza Salomon wynika, że 21 czerwca 2010r kierowniczka sekcji zażaleniowo-wnioskowej udzieliła mi odpowiedzi – jest to kłamstwo niezawisłego wiceprezesa sądu!!!!!!!!!!
Pomimo złożenia do prezesa Sądu Apelacyjnego w Warszawie pisma o przekazanie mi tej odpowiedzi wraz z kopią potwierdzenia otrzymania przeze mnie tej odpowiedzi – brak jakiejkolwiek reakcji na moje pismo.
Z postanowienia niezależnego prokuratora Szymona Brzozowskiego wynika, że mój wniosek złożony 10 czerwca 2010r pozostał w aktach sprawy bez rozpoznania jako złożony przez osobę nieuprawnioną dokładnie jest tak „wniosek jako nie pochodzący od strony postępowania został pozostawiony w aktach”

Od 16 marca 2010r Sąd Apelacyjny w Warszawie jest stroną postępowania!!!!!!!!
Nepotyzm zawodowy 28 lutego 2013r i 11 kwietnia 2013r przybrał nowe oblicze w SA w Warszawie przy udziale strony postępowania czyli prokuratury bez mojego udziału bo nikt mnie nie zawiadomił procedowano nad moim zażaleniem z powodu wyłączenia się wszystkich sędziów w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga- posiedzenia były jawne!!!!!
W drugiej dacie dwie strony postępowania – SA w Warszawie i przy udziale przedstawiciela prokuratury ustaliły, że moje zażalenie będzie rozpatrywane tylko w zakresie zasadności wniesionego zażalenia bez badania i ustalenia stron postępowania, a tym samy określenia pokrzywdzonych.
Przeprowadzenie tego haniebnego nepotyzmu zlecono kolejnej stronie postępowania jakim jest Sąd Okręgowy Warszawa Praga. O tym można przeczytać tutaj [link widoczny dla zalogowanych]

Nepotyzm zawodowy chce ukryć, przestępstwa popełnione przez funkcjonariuszy publicznych – nie ma pokrzywdzonego, nie ma przestępstw!!!!!

Tags: areszt wydobywczy, bezprawie, nepotyzm, poświadczanie nieprawdy, PRAWO, skazanie, śledztwo

Napisane przez: tomm
A czy sądzicie, że w sprawach emerytów wojskowych mieliśmy do czynienia z innymi sędziami? To jest ten sam klan.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 14:22, 21 Maj 2013    Temat postu: RUGOWANIE PRAWDY O WOŁYNIU

RUGOWANIE PRAWDY O WOŁYNIU

Ewa Siemaszko

Siedemdziesiąta rocznica ludobójstwa dokonanego przez Organizację Ukra¬ińskich Nacjonalistów Stepana Bandery i Ukraińską Powstań¬czą Armię powinna być przez pań¬stwo w godny sposób zaznaczona, stosownie do charakteru, rozmiarów i przebiegu zbrodni. Podstawowym zadaniem państwa jest uczczenie pamięci ofiar, oddanie im hołdu. Wszak ginęli za to, że czuli się Pola¬kami, a ponadto byli przez sprawców zbrodni utożsamiani z państwem polskim, choć podczas zbrodni było ono okupowane.

Każde przedsięwzięcie, a zwłasz¬cza państwowe, powinno być noś¬nikiem prawdy, bo jest ono skiero¬wane do społeczeństwa, jako całości, nie tylko do rodzin i środowisk po-szkodowanych. Wszelkie państwowe uroczystości, deklaracje, oświadcze¬nia, spotkania itp. pełnią rolę in- formacyjno-edukacyjną oprócz wy¬rażania pamięci o minionych wy-darzeniach.

Pięć projektów
W odpowiedzi na społeczne ocze¬kiwania, by data 11 lipca została wyróżniona w kalendarzu jako dzień pamięci męczeństwa ludności pol¬skiej na Kresach, w Sejmie złożonych zostało pięć poselskich projektów uchwał. Właśnie ten dzień symboli¬zuje banderowskie ludobójstwo na Polakach, bowiem 11 lipca 1943 r. U PA zaatakowała Polaków jedno¬cześnie w 98 miejscowościach, mor¬dując zaciekle i okrutnie, by zlikwi¬dować na dużych połaciach skupiska polskie, wciąż istniejące po sześciu
miesiącach zbrodniczych napadów na Polaków na Wołyniu.
Cztery projekty ustaw (zgłoszone przez PSL, PiS, Solidarną Polskę i SLD) wnoszą o ustanowienie 11 lipca dniem pamięci ofiar zbrodni nacjonalistów ukraińskich, przy czym PSL już w samej nazwie dnia jednoznacznie wskazuje, że chodzi
ofiary ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA a pozostałe pro¬jekty zaznaczają tylko w treści uchwały, że Polacy byli ofiarami ludobójstwa, a datę tę proponują określić jako Dzień Męczeństwa Kresowian. Projekty te nie budzą istotnych zastrzeżeń, co do zgodności z prawdą historyczną i zawierają trzy najważniejsze informacje dla społeczeństwa: ofiarą - Polacy (w dwu projektach też obywatele in¬nych narodowości), sprawcą - OUN UPA, zbrodnia - ludobójstwem.

Język zbrodniarzy
Piąty projekt uchwały autorstwa PO niestety zawiera fałszywe sformuło¬wania, a więc w razie jego zaakcep¬towania przez Sejm, w którym ta partia dominuje, spełni szkodliwą rolę informacyjno-edukacyjną, na¬ruszy godność ofiar oraz ich rodzin, wzbudzi w polskim społeczeństwie niedobre emocje. W przeciwień¬stwie do omówionych już projek¬tów zbrodnia została ukryta pod takimi określeniami jak: „tra¬giczne wydarzenia”, „tragedia wołyńska” i „antypolska akcja”.
Szczególnie razi to, że po¬słowie polskiego parlamentu używają charakterystycznego dla języka zbrodniarzy z OUN-UPA terminu „an¬typolska akcja”. Właśnie w ten sposób w dokumentach OUN-UPA nazywano wyrzynanie w pień wszystkich „Lachów od małego do starego”. Używane wyrażenie mało groźnie brzmi, bo antypolska akcja to może być rozrzucanie urągliwych ulotek, wy¬bijanie szyb, bojkotowanie kon¬taktów, szykanowanie, wy¬szydzanie, obrzucanie wy¬zwiskami. Nawet, jeśli czy¬telnik takie pierwsze sko¬jarzenia odrzuci, dowie¬dziawszy się z dalszej lek¬
tury projektu, że Polacy ginęli z rąk OUN-UPA to wysoce niewłaściwe jest posługiwanie się, ku radości ideowych spadkobierców zbrodniarzy, terminologią tych ostatnich. W dodatku przez reprezentantów po¬szkodowanego Narodu. O tym, że Polacy byli ofiarami ludobójstwa, uchwała ma nie mówić.
Zaniżanie strat
Dalej mamy w projekcie PO zadzi¬wiające błędy, mogące świadczyć o braku wiedzy historycznej. Sam brak tej wiedzy nie jest zawiniony, lecz korzystanie z nieodpowiednich in¬formatorów. Otóż czas zbrodni został zawężony do lat 1942-1943. Pominięto rok 1944, gdy szczególnie intensywnie popełniane były zbrodnie ludobójstwa w Małopolsce Wschodniej, nazywanej zresztą niesłusznie Galicją, 1j. termi¬nem z czasów zaboru austriackiego - właśnie dlatego wyeliminowanym z języka oficjalnego przez prawdziwie niepodległą II Rzeczpospolitą.
Sprzeciw budzi podana w projekcie uchwały liczba ofiar - kilkadziesiąt tysięcy, co może być rozumiane maicie: od dwudziestu do dziewięćdziesięciu tysięcy, a więc mamy do czynienia ze znaczącym, sugestywnie wyrażonym zaniżeniem polskich. Dotychczasowe badania wskazują na ok. 130 tys. zamordowanych Polaków przez nacjonalistów ukraińskich, a najostrożniejsi historycy mówią o „ponad 100 tysiącach Projekt uchwały PO w sprawie 70. rocznicy ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodnie ostatnim zgłoszonym w Sejmie tej sprawie. Jego autorzy mieli czas, by zapoznać się np. z wynikami śledztw prowadzonych przez Główną Komisję Ścigania Zbrodni ] przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej, które nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że OUN-UPA popełniła zbrodnię ludobójstwa.
Wydaje się, że zadecydowały nie merytoryczne względy, lecz polityczne. Od czasu zaistnienia zbrodni przez kilkadziesiąt lat, ofiary są podwójnymi ofiarami - ofiarami zbrodni i polityki. W powszechnym czuciu należą do ofiar najgorszej kategorii, bowiem ich traktowanie wyznaczają nie moralne zasady i społeczne potrzeby, lecz doktryny polityczne i błędne wyobrażenia grup politycznych.
Nacjonalizm odżywa
W omawianej sprawie widać i słychać w wypowiedziach polityków, że sprawujący władzę obawiają się, by wypowiadaniem prawdy o zbrodni wołyńsko-małopolskiej nie „zrazić Ukraińców „ i zniechęcić do wstąpienia do Unii Europejskiej, co ma grozić związaniem się z Rosją. Zaniepokojenie ze strony Ukrainy, że polski Sejm może powiedzieć prawdę, już zostało wyrażone. Świadczyć to może i o tym, że albo nacjonaliści ukraińscy mają wpływy w obecnych kijowskich władzach, albo próbuje się sprawdzić, na ile pań¬stwo polskie jest uległe.


Dla prezydenta Janukowycza
„Wołyń” jest mało ważną sprawą


Jedna i druga ewentualność wy¬maga suwerennej i silnej postawy, a nie lękliwego ustępowania w sprawach dla Narodu zasadniczych. Zwłaszcza że odstręczenie Ukrainy od Unii Eu¬ropejskiej tylko z powodu „Wołynia” to małostkowa wizja. Dla Janukowycza „Wołyń” jest „regionalną spra¬wą”, a więc mało ważną. Od obecnej władzy wywodzącej się ze wschodniej Ukrainy, mocno obciążonej sowiec¬kim dziedzictwem, zależy wstąpienie do Unii, a tam OUN-UPA nie ma dobrej opinii. Jeśli więc nawet dawano by do zrozumienia, że „Wołyń” zepsuł zainteresowanie Unią, to chyba dla przykrycia zupełnie innych powodów. Rzecz oczywista - coraz liczniejsi na¬cjonaliści z postsowieckiej zachodniej Ukrainy i coraz silniejsi, bo ich partia Swoboda weszła do parlamentu, są - lekko mówiąc - zaniepokojeni, bo nasze oficjalne stanowisko, wskazu¬jące na wyjątkową zbrodniczość OUN-UPA, przeszkadzać będzie w gloryfikacji tych formacji, siać wąt¬pliwości, co do chwały UPA, przy¬najmniej w części społeczeństwa ukraińskiego. Ale przecież nasze elity polityczne nie powinny tym się przejmować. Powinny dostrzegać niebezpieczeństwo wzrastania w siłę i wpływy nacjonalizmu ukraińskiego, który wyrósł z faszystowskiej ideologii, posługiwał się zbrodniczymi meto¬dami działania. Strachliwe rezygno¬wanie z prawdy, by nie „urazić” Ukraińców, a właściwie nacjonalistów ukraińskich, to jest właśnie ich wzmac¬nianie, zachęcanie do wywierania na nas nacisków, których przykłady dały ostatnie dni: „urażona” dzia¬łaczka Swobody ogłosiła okupację polską ziem ukraińskich we wschod¬nich powiatach HI Rzeczypospolitej; „nieznani sprawcy”, również „ura¬żeni”, zdewastowali na Podolu dwa pomniki ofiar UPA Grożą i terro¬ryzują, bo nie chcą prawdy. Kon¬sekwencje niedbania przez państwo polskie o prawdę i własne ofiary, a liczenie się z wrażliwością spadko¬bierców zbrodniarzy mogą być ka¬tastrofalne. •

Autorka jest badaczem zbrodni nacjonalistów ukraińskich dokonanych na ludności polskiej Wołynia w czasie II wojny światowej.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 14:40, 21 Maj 2013    Temat postu: UPADEK STOCZNI SZCZECIŃSKIEJ

Szanowni Państwo,


Przez wiele miesięcy ciężkiej pracy udało nam się zgromadzić gruntowną wiedzę, popartą dokumentami, na temat rzeczywistych wydarzeń. Mam nadzieję, iż zarówno Fundacja LEX NOSTRA nie stanie się przez to obiektem ataków osób zamieszanych w doprowadzenie do upadku Stoczni Szczecińskiej.

Poniżej prawdziwa historia faktycznej likwidacji Stoczni Szczecińskiej.

Zapraszam także do obejrzenia mojej rozmowy na temat Stoczni Szczecińskiej z p. Lechem Wydrzyńskim - Prezesem Szczecińskiego Stowarzyszenia Obrony Stoczni i Przemysłu Okrętowego, zrzeszającego kilka tysięcy byłych pracowników Stoczni.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=fBy5liYPEDQ

Poniżej podaję wyłącznie FAKTY - bez ich oceny, ponieważ nie znalazłbym odpowiednich słów, by opisać jak władza miała "poniżej krzyża" dalszy los kilkudziesięciu tysięcy Stoczniowców i pracowników przedsiębiorstw kooperujących ze Stocznią, którzy utracili pracę.

Bieg wydarzeń:

W dniu 11 stycznia 1993 r. podpisano list intencyjny w sprawie prywatyzacji Stoczni, którego sygnatariuszami byli Minister Przekształceń Własnościowych, Zarząd Stoczni, związki zawodowe działające w Stoczni Szczecińskiej S.A. W liście tym ustalono, że proces prywatyzacji będzie przebiegał w dwóch etapach. Docelowo akcje miał otrzymać między innymi Zarząd Spółki, w którego skład wchodził p. Ryszard Kwidziński. Rada Ministrów w dniu 10 sierpnia 1993 r. podjęła uchwałę nr 66/93 w sprawie trybu zbycia akcji Stoczni Szczecińskiej, która potwierdziła harmonogram podziału akcji uzgodniony w liście intencyjnym.


Zarząd Stoczni w 1991 r. opracował i uzgodnił ze Skarbem Państwa program restrukturyzacji Stoczni Szczecińskiej. Program ten zakładał m.in. dywersyfikację działalności, restrukturyzację organizacyjną, finansową, produktową, techniczną, technologiczną, majątkową i prywatyzację.


Sprywatyzowana Stocznia Szczecińska Porta Holding S.A. spłaciła Państwu 85 mln USD z tytułu zaciągniętych długów przez przedsiębiorstwo państwowe. Działalność Stoczni w latach 1992 do 2001 włącznie przynosiła coroczny zysk, który niemal w całości przeznaczano na rozwój. Podniesiono o prawie 400 mln PLN kapitały własne Stoczni, z ujemnych w 1992 r., do znacząco dodatnich. W 1995 r. portfel zamówień przekroczył 1 750 000 000 USD, przez co Stocznia została sklasyfikowana na 5 miejscu na świecie pod względem zamówionego tonażu i na 9 miejscu pod względem rocznej produkcji.


W latach 1991-2001, bez żadnej pomocy Państwa, wyeksportowano aż 160 statków za 4 mld 16 mln USD, co w cenach przyjętych na rok 2008 odpowiada kwocie około 8.5 mld USD.


Zarząd zbudował zdywersyfikowaną Grupę Kapitałową, tworząc m.in. ponad siedem tysięcy nowych miejsc pracy. Gruntownie zmodernizowano Stocznię, przeznaczając na ten cel 216 mln USD, uzyskano awans do ścisłej czołówki stoczni świata na całe dziesięciolecie, budując solidne podstawy do dalszego rozwoju.


Obrazem tych sukcesów może by np. fakt sprzedaży statków w cyklu co 14 dni roboczych ( sic ! ).


Wnioskodawcy oraz pozostałym członkom Zarządu Stoczni udało się stworzyć strukturę zdywersyfikowanego holdingu, obejmującego Stocznię, ważnych kooperantów, przedsiębiorstwo armatorskie. Było to zgodne z wizją Skarbu Państwa przyjętą w dokumencie z 10 października 1995 r. w sprawie polityki państwa dla wzrostu konkurencyjności polskiego przemysłu okrętowego.


W jego treści wskazano, iż "Stocznie winny zmierzać do działania w ramach grup kapitałowych przedsiębiorstw o zdywersyfikowanym profilu działalności. Taki model funkcjonowania Stoczni dominuje w świecie i pozwala uniknąć zagrożeń wynikających z koniunkturalnego cyklu istniejącego w światowym przemyśle okrętowym i żegludze. Pożądane jest szczególnie kapitałowe łączenie Stoczni budujących statki z tymi rodzajami działalności, które istotnie różnią się od Stoczni długością cyklu koniunkturalnego, odmiennymi okresami obrotu gotówką. Powstające grupy kapitałowe winny być zarządzone przez grupy menadżerskie trwale zainteresowane wynikami działalności Stoczni przez posiadanie określonych pakietów akcji Stoczni". (vide str. 30 dokumentu).


W okresie od 1991 r. -2001 r. nie występowało zadłużenie Porty Holding wobec budżetu, czy też Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zobowiązania finansowe występowały w typowej dla branży wysokości, lub nawet poniżej przyjętych za normalne w branży Stoczniowej na świecie.


Niezastawiony majątek trwały miał wartość około 500 mln USD zaś aktywa finansowe około 100 mln USD. Z kolei zobowiązania Państwa wobec Stoczni z tytułu wygranego przed Sądem Okręgowym w Warszawie procesu o wyrównanie strat powstałych przez niewypłacenie przez Państwo dopłat wyrównawczych do produkcji eksportowej, szacowane były na ok. 300 mln zł, a należności holdingu z tytułu zwrotu podatku VAT regularnie przekraczały kwotę 100 mln zł.


W tej sytuacji pomoc Państwa dla Stoczni, określona m.in. w Stanowisku Rządu RP z 1995 r. wydawała się oczywista, tym bardziej, że od drugiej połowy 2002 r. spodziewano się wzrostów na rynku okrętowym ( założenia planu na lata 2001 - 2010 opracowanego przez Zarząd przy współpracy z ATKearney potwierdziły się już na przełomie półrocza 2002 r. ).


Tymczasem pomimo znaczenia strategicznego całego ,,Holdingu Stoczniowego" Skarb Państwa nie tylko nie udzielił wsparcia, ale przez działania w sferze imperium doprowadził do jego upadku, co należy uznać za precedens w skali państw cywilizowanych, zwłaszcza w sytuacji gdy chodzi o strukturę, w której Skarb Państwa partycypował w roli akcjonariusza.


W tej sytuacji nastąpiły bezprawne ( co potwierdziły wszystkie orzeczenia sądów ) działania funkcjonariuszy publicznych, w tym członków Rządu, mające wpływ na utratę wartości akcji Wnioskodawcy

Działania i zaniechania funkcjonariuszy publicznych, w tym członków Rządu RP, doprowadziły do osłabienia pozycji Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A. na rynku, a następnie ogłoszenia jej upadłości.

Jak wskazano w treści opinii z dnia 19 stycznia 2011r. - Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego -Dramatyczna -,,Europejski Przemysł Stoczniowy w walce z obecnym kryzysem" ( 2011/C, 18/07 ) dramatyczna sytuacja w Polsce, przejawiająca się zanikiem produkcji w dwóch dużych Stoczniach w Gdyni i Szczecinie, jest między innymi efektem okoliczności, których nie przewidziano kilka lat wcześniej, takich jak zahamowanie procesów naprawy i restrukturyzacji sektora, głównie poprzez polityczne decyzje na przełomie 2002 i 2003 r.


Oto ciąg zdarzeń, które spowodowały upadek Stoczni Szczecińskiej:

Rząd Leszka Millera nie podjął negocjacji o ustanowienie okresu przejściowego w traktacie akcesyjnym z Unią Europejską, dotyczącego dostosowania polskiego przemysłu Stoczniowego do wymagań prawa europejskiego, w tym w zakresie dostosowania gwarancji zwrotu zaliczek armatorskich udzielanych przez KUKE do prawa wspólnotowego.


Od października 2001 r. do maja 2002 r. Stocznia wielokrotnie składała wnioski o udzielenie gwarancji lub poręczenia przez Skarb Państwa, indywidualnie bądź w ramach konsorcjum bankowego - lecz bezskutecznie.

Skarbu Państwa nie udzielił dla Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A. skutecznych gwarancji w sytuacji zagrożenia 55 tysięcy miejsc pracy. Środki finansowe z kredytu miały na celu spłatę zobowiązań.
W kwietniu 2002r. członkowie konsorcjum bankowego, działającego tym razem pod kierunkiem wiceprezesa BPH PBK Pana M. Grendowicza, podpisali umowę konsorcjalną. Polegała ona na tym, że osiem banków: PKO BP, PeKaO SA, BPH, BIG Bank Gdański, WDLB ( Niemcy ), BRE Bank ( Niemcy ), Bank Handlowy w Warszawie ( Citibank ) i ING ( Holandia ) - zobowiązało się do udzielenia kredytu pomostowego w wysokości ( znikomej w stosunku do obrotów Stoczni ) 40 mln USD, ale aż przy zastosowaniu zabezpieczenia w postaci gwarancji Skarbu Państwa ( pomimo wskazanego powyżej zakończenia złożonych cyklów inwestycyjno- innowacyjnych przez Stocznię i posiadanego rzeczowego wolumenu produkcji w toku, jak i poziomu przedpłat armatorskich na miesiąc listopad 2001 r. w wys. 150 mln USD ( ulokowanych w bankach zagranicznych ).


Rząd nie wywiązał się nawet z tych minimalnych ustaleń, poczynionych pomiędzy bankami, a uprzednio aprobowanych przez przedstawicieli Skarbu Państwa na protokołowanych spotkaniach odbywanych w Warszawie w siedzibie poszczególnych, prowadzących banków ( BRE, BPH i PKO BP ).


Działo się to w miesiącach listopad- grudzień 2001 i styczeń-kwiecień 2002 r.


Dla uratowania zdywersyfikowanego Holdingu, zajmującego pierwsze miejsce w Europie pod względem tonażu budowanych statków, Rząd RP nie zdobył się nawet na udzielenie tylko ( jak na skalę przedsiębiorstwa ) 40 mln USD gwarancji rządowych, postulowanych przez Zarząd Holdingu już od początku IV kwartału 2001 r. Dla zobrazowania sytuacji - była to kwota niewiele wyższa od kwoty miesięcznego wynagrodzenia Stoczniowców


Gwarancje te z racji samej istoty tego instrumentu finansowego, nie wymagały bezpośredniego wydatkowania środków budżetu państwa w roku 2001. Przeciwnie, projekcja tego typu gwarancji była przewidziana w latach budżetowych 2001 i 2002.

W dniu 7 maja 2002r. Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A. podejmuje logiczną w sytuacji Holdingu uchwałę o tzw. splitcie akcji ( tzw. share splitting ) i o podwyższeniu kapitału zakładowego o około 400 mln zł.


Uchwała ta była konsekwencją złożenia wniosku przez dotychczasowy Zarząd Holdingu o otwarcie układu z wierzycielami oraz poczynionych w międzyczasie uzgodnień o konwersji zobowiązań Stoczni - na akcje z opcją ich wykupu. Takie deklaracje złożone zostały przez znaczną część kooperantów zagranicznych oraz niektóre banki.


Zarząd bezpośrednio przed rozpoczęciem Zgromadzenia zostaje ostrzeżony. Zdaniem informatora, konsekwencję podjęcia uchwał innych niż proponowane przez Skarb Państwa (siedmiokrotne obniżenie kapitału, wprowadzenie wskazanych przez Skarb Państwa - przedstawicieli banków do Rady Nadzorczej ) będą informacje ogłoszone w głównym wydaniu Wiadomości TVP.


Rzeczywiście, pierwszą informacją medialną było ogłoszenie przez Prokuraturę Apelacyjną w Poznaniu wszczęcia śledztwa w sprawie rzekomych nadużyć w Stoczni ( domniemanych nadużyć członków Zarządu ).


W dniu 15 maja 2002 r. w Kancelarii Rady Ministrów Premier Leszek Miller na spotkaniu z przedstawicielami Zarządu Stoczni Szczecińskiej Porta Holding SA oraz jej związków zawodowych bezprawnie warunkuje pomoc dla Stoczni oddaniem przez Zarząd swoich akcji Skarbowi Państwa, oraz odwołaniem Zarządu.


W dniu 16 lipca 2002r. Rada Ministrów kierowana przez Leszka Millera przyjmuje dokument Departamentu Polityki Przemysłowej Ministerstwa Gospodarki, pt. "Sytuacja w polskim przemyśle Stoczniowym, proponowane kierunki działań i mechanizmy wspierania tego sektora" , gdzie wskazano między innymi, że ."Przejmowanie kontraktów od Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A. wiąże się z pewnym niebezpieczeństwem finansowym. Z uwagi na fakt, że na budowę niektórych statków pobrano gwarantowane przez KUKE S.A. zaliczki armatorskie, które wykorzystano do budowy zupełnie innych statków, kwota uzyskana za statek będzie pomniejszona o taką zaliczkę. Proste przejęcie kontraktów z Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A. jest równoznaczne z przejęciem ceny i wypłaconej przez armatora zaliczki ( wykorzystanej przez Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A. na inny statek lub w innym celu ). Wiadomo także, iż zawarte przez Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A. kontrakty nie będą zrealizowane w wymaganym terminie, co grozi nałożeniu kar umownych. Wyjściem z tej sytuacji jest Upadłość SSPH S.A. a tym samym zerwanie zawartych kontraktów i próba ich ponownego zawarcia przez SSN. Upadłość SSPH S.A przyczyni się do rozwiązania kwestii majątkowych w Stoczni dotyczących przede wszystkim infrastruktury produkcyjnej - mediów, pochylni, suwnic, środków produkcji. Niejasność co do potencjalnych możliwości produkcyjnych nowo utworzonego podmiotu - SSN sp. z o.o. mogłaby podważyć wiarygodność Stoczni wobec armatorów".
Cytowany dokument jest dowodem, świadczącym o planowaniu przez Ministerstwo Gospodarki upadłości prywatnej spółki Stocznia Szczecińska Porta Holding S.A. w celu stworzenia warunków do funkcjonowania nowej Spółki z udziałem Skarbu Państwa- Stocznia Szczecińska Nowa Spółka z o.o. i wyjaśnia, dlaczego Rząd nie wywiązał się z ustaleń zawartych z konsorcjum banków.


W dniu 11 czerwca 2002 - Sąd Rejonowy w Szczecinie stwierdził, iż spełnione zostały wymogi Rozporządzenia - Prawo upadłościowe z 1934 pozwalające na ogłoszenie upadłości Spółki z możliwością zawarcia układu. Wynikało to w szczególności z istnienia wiarygodnego ,,programu naprawczego" dającego w ocenie Sądu duże prawdopodobieństwo wywiązania się spółki z układu -
Sąd otworzył postępowanie układowe z wierzycielami dla Porty Holding S.A. oraz spółki córki Stoczni Szczecińskiej S.A.


Podstawą decyzji Sądu była wykonana na zlecenie Sądu pozytywna dla Holdingu ekspertyza biegłych sądowych.


Minister Jacek Piechota chcąc przeszkodzić realizacji układu z wierzycielami, nie posiadając delegacji Zarządu, wszedł bezprawnie w rolę reprezentanta kapitałowej spółki prawa handlowego i przedłożył bankom irracjonalną, nie do przyjęcia propozycję 80% redukcji zobowiązań Stocznia Szczecińska Porta Holding S.A.


Oczywiście banki kategorycznie odrzuciły te "uaktualnione warunki układowe" i szansa zawarcia układu z wierzycielami została definitywnie zniweczona.


Notabene Zarząd (dotychczasowy) proponował w założeniach układu redukcję zobowiązań tylko o 40%.


W dniu 7 lipca 2002r. funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego zatrzymali członków Zarządu Stoczni, którzy znajdowali się w trakcie podróży służbowej do Warszawy w celu spotkania z władzami tych banków, które oferowały pomoc finansową dla Stoczni.


W dniu 10 lipca 2002r. wobec zatrzymanych Członków Zarządu Stoczni Szczecińskiej wydano postanowienie o tymczasowym aresztowaniu.


Rozpoczęła się negatywna kampania medialna będąca następstwem wypowiedzi przedstawicieli Rządu RP, a także prowadzonym w latach 2002-2009 postępowaniem karnym przeciwko członkom zarządu Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A.


Skutkowało to obniżeniem wiarygodności i zdolności kredytowej Spółki. Należy w tym miejscu przypomnieć, iż Sąd Okręgowy w Szczecinie wyrokiem z dnia 2 kwietnia 2008r. sygn. III KK 288/03 uniewinnił wszystkich Członków Zarządu od wszystkich zarzutów wskazanych w akcie oskarżenia, a dotyczących przestępnych działań na szkodę Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A.


Wyrokiem Sądu Apelacyjnego w Szczecinie z 6 maja 2009r. II AKa 142/08 utrzymano w mocy wyrok pierwszej instancji, zaś Sąd Najwyższy postanowieniem z dnia 5 października 2010r. sygn. akt V KK 22/10 oddalił skargę kasacyjną prokuratora jako oczywiście bezzasadną.


Wkrótce po aresztowaniu niemal całego Zarządu Stoczni, w dniu 29 lipca 2002 - Sąd (w składzie: Tomasz Żelazowski, Piotr Sałamaj, Piotr Zimmerman ) ogłosił upadłość likwidacyjną Stoczni Szczecińskiej Porta Holding S.A.


Chyba najwłaściwszym komentarzem do powyższego jest wypowiedź b. Ministra Wiesława Kaczmarka udzielona w programie "Misja Specjalna", wyemitowanym w TVP 1, który oświadczył, że był - na polecenie ówczesnego rządu - organizatorem linczu medialnego Zarządu Stocznia Szczecińska Porta Holding S.A. w okresie poprzedzającym ogłoszenie upadłości.


To co się wydarzyło jest precedensem na skalę cywilizowanej Europy - rząd Państwa będącego członkiem Rady Europy posadził do aresztu właścicieli prywatnego przedsiębiorstwa, po czym bezprawnie zagarnął majątek tego przedsiębiorstwa.


Słyszeliście Państwo o opisanych powyżej zdarzeniach, aby kiedykolwiek wydarzyły się w Unii Europejskiej lub innym cywilizowanym Państwie Prawa ?


Nie ? - to właśnie przeczytaliście !



Maciej Lisowski

Dyrektor Fundacji LEX NOSTRA

[link widoczny dla zalogowanych]

powyższy tekst został zamieszczony na tronie internetowej Fundacji LEX NOSTRA
[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 21:10, 23 Maj 2013    Temat postu: Rząd Tuska obudził się więc rychło w czas.

Rząd Tuska obudził się rychło w czas1
. Wczoraj na posiedzeniu Rady Ministrów został przyjęty projekt ustawy o szczegółowych rozwiązaniach dla pracowników i przedsiębiorców na rzecz ochrony miejsc pracy związanych z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego i kryzysu ekonomicznego przedłożony przez ministra pracy.

Projekt ustawy zawiera regulacje zabezpieczające pracowników i przedsiębiorców przed skutkami spowolnienia gospodarczego i kryzysu polegającego na wyraźnym zmniejszeniu obrotów gospodarczych poszczególnych firm.

Przedsiębiorstwa, których sprzedaż spadnie co najmniej o 15% w stosunku do roku poprzedniego będą mogły się ubiegać o bezzwrotną pomoc finansową z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, a także funduszu Pracy. Środki te będą mogli przeznaczyć na dopłatę do wynagrodzeń pracowników, pod warunkiem że w tym okresie nie dokonają redukcji zatrudnienia.

2. Okazuje się ,że po kilku latach nic nie robienia, jazdy na tzw. gapę (a więc wykorzystywania wsparcia dla przedsiębiorstw udzielonych przez sąsiednie kraje np. dopłat niemieckiego rządu do złomowania samochodów), rząd Tuska, zorientował się, że konsekwencje spowolnienia, a być może i kryzysu gospodarczego, mogą spowodować ogromne konsekwencje polityczne i pośpiesznie zaczyna podejmować decyzje wspierające gospodarkę.

Stąd wspomniany wyżej projekt ustawy. Jeszcze wcześniej bo w lutym tego roku pośpiesznie uchwalona także została nowelizacja ustawy o gwarancjach i poręczeniach zwiększająca do 60% poziom gwarancji i poręczeń jakie Skarb Państwa może udzielić małym i średnim firmom.

3. Wszystkie te decyzje są podejmowane stanowczo za późno w sytuacji kiedy wzrost gospodarczy został sprowadzony prawe do zera.

Przypomnijmy tylko, że według tych szacunków PKB za I kwartał 2013 roku w porównaniu do I kwartału roku 2012 (w cenach stałych średniorocznych z roku poprzedniego) wzrósł zaledwie o 0,4%, a w relacji do IV kwartału 2012 zaledwie o 0,1%.

Przypomnijmy także, że według tej metodologii wzrosty PKB w poszczególnych kwartałach 2012 roku (w porównaniu do analogicznych kwartałów roku poprzedniego), wynosiły odpowiednio: 3,5%; 2,3%; 1,3; 0,7%.

A więc jest to już 5 kwartał z rzędu, w którym wzrost PKB jest coraz mniejszy, a rząd Tuska do tej pory sprawiał wrażenie nieobecnego w tej sprawie. Najwyżej mieliśmy do czynienia z komunikatami premiera albo ministra finansów, że spowolnienie w polskiej gospodarce jest nieuchronne, bo mamy kryzys w strefie euro.

4.Niestety mimo nerwowych działań rządu Tuska w ostatnich tygodniach perspektywy dla polskiej gospodarki na najbliższe 2 lata mówiąc najoględniej nie są najlepsze.

Na początku maja Komisja Europejska ogłosiła komunikat dotyczący prognoz w zakresie wzrostu gospodarczego i stanu finansów publicznych w poszczególnych krajach UE w latach 2013-2014.

Dane przedstawione przez Komisję dotyczące naszego kraju w sposób zasadniczy różnią się do statystyk i prognoz, którymi na konferencjach prasowych, karmi polską opinię publiczną, minister Rostowski.

Z komunikatu KE wynika, że w Polsce 2013 roku wzrost gospodarczy wyniesie zaledwie 1,1%, ogólne zatrudnienie spadnie aż o 0,4%, bezrobocie (wg metodologii unijnej) wyniesie 10.9% i będzie wyższe od tego na koniec 2012 roku o blisko 1 punkt procentowy, wreszcie deficyt sektora finansów publicznych wyniesie 3,9% PKB, a dług publiczny 57,5%PKB.

Także przewidywania Komisji na rok 2014 w odniesieniu do Polski nie nastrajają optymizmem. Wzrost gospodarczy ma wynieść tylko 2,2% PKB, ogólne zatrudnienie znowu zmniejszy się o 0,2%, bezrobocie (wg metodologii unijnej) wzrośnie do 11,4%, deficyt sektora finansów publicznych wyniesie 4,1% PKB, a dług publiczny aż 58,9% PKB.

5. Wszystko więc wskazuje na to, że starania rządu Tuska dotyczące wprowadzenia rozwiązań wspierających gospodarkę przychodzą stanowczo za późno, zwłaszcza że skutki przyjętych teraz ustaw wspierających gospodarkę, przyjdą najwcześniej po 9-12 miesiącach.

Nawet osławione Inwestycje Polskie ogłoszone przez Tuska na jesieni 2012 roku przyniosą być może silniejszy pozytywny wpływ na gospodarkę dopiero pod koniec roku 2015.

Rząd Tuska obudził się więc rychło w czas.

Zbigniew Kuźmiuk

Poseł PiS


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 22:27, 23 Maj 2013    Temat postu:

ROSJA: SZEF GRU OSTRZEGA PRZED WZROSTEM WPŁYWÓW TALIBÓW W AFGANISTANIE
Szef Głównego Zarządu Wywiadowczego (GRU) Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Rosji Igor Siergun w czwartek w jednym z nielicznych wystąpień publicznych ostrzegł, że w miarę wycofywania sił międzynarodowej koalicji z Afganistanu rosnąć będą wpływy talibów w tym kraju.

"Nieuregulowanie sytuacji w Afganistanie niesie w sobie poważne wyzwanie dla stabilności międzynarodowej. W miarę redukcji grupy zagranicznych wojsk oczekiwać należy wzrostu wpływów islamskiego ruchu talibów" - oświadczył szef GRU podczas obradującej w Moskwie międzynarodowej Konferencji na temat Bezpieczeństwa Europejskiego.

Generał Siergun oznajmił, że po wyjściu zagranicznych kontyngentów wojskowych z Afganistanu może znacznie wzrosnąć poziom zagrożenia terrorystycznego i ze strony ekstremizmu religijnego
"W kraju tym działa już sieć obozów, w których szkoleni są terroryści, w tym przyszli samobójcy. Funkcjonują ścisłe kontakty talibów z zagranicznymi strukturami terrorystycznymi, których bojownicy - po zdobyciu doświadczenia bojowego w Afganistanie - mogą zostać skierowani do innych punktów zapalnych na całym świecie" - wskazał.

Szef GRU zaznaczył, że sytuacja może ulec jeszcze większemu zaostrzeniu w wypadku odbudowania współpracy talibów z Al-Kaidą i ponowienia prób utworzenia przy użyciu siły Światowego Kalifatu na obszarze od Maroka do Malezji.
Rosja z niepokojem śledzi rozwój wydarzeń w Afganistanie w kontekście planowanego wycofania wojsk koalicji. Moskwa obawia się, że po ich wyjściu sytuacja w północnych prowincjach Afganistanu ulegnie destabilizacji i że w ślad za tym pogorszy się sytuacja w Azji Środkowej, a to z kolei bezpośrednio zagrozi bezpieczeństwu południowych regionów Rosji.

Z drugiej strony Rosja nie chce przedłużenia obecności wojskowej USA w Afganistanie, dostrzegając w tym zagrożenie dla swoich wpływów geopolitycznych.
Siergun ostrzegł również, że w najbliższym czasie może wzrosnąć liczba państw dysponujących bronią nuklearną. Podkreślił przy tym, że niepokój wzbudza rozprzestrzenianie broni masowego rażenia w tych państwach, które traktują ją jako jedyny środek gwarantowanej obrony przed agresją z zewnątrz
"Naszym zdaniem na współczesną sytuację w Europie negatywnie wpływa utrzymujący się konfliktowy potencjał na Bałkanach, nieuregulowane kryzysy w Naddniestrzu i Zakaukaziu, erupcja waśni międzyetnicznych i przejawów separatyzmu w szeregu państw europejskich, a także niekontrolowany wzrost strumieni migracyjnych" - powiedział szef GRU
. W obradach moskiewskiego forum odbywającego się pod auspicjami Ministerstwa Obrony FR uczestniczy około 200 polityków, dyplomatów, wojskowych i politologów z Rosji oraz innych krajów poradzieckiej Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP), a także Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Wśród uczestników są m.in.: zastępca sekretarza generalnego NATO Dirk Brengelmann, amerykańska podsekretarz stanu ds. kontroli zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego Rose Gottemoeller oraz sekretarz generalny Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) Lamberto Zannier. Polskę reprezentuje były minister spraw zagranicznych Adam D. Rotfeld.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 11:55, 24 Maj 2013    Temat postu: BEZCZELNOŚĆ GENERAŁA NA DRODZE/ STANISŁAW KOZIEJ/

BEZCZELNOŚĆ GENERAŁA NA DRODZE/ STANISŁAW KOZIEJ/


Jest auto. Jest szaleństwo. Limuzyna statecznego generała Stanisława Kozieja (70 lat.) poczyna sobie na drodze jak auto jakiegoś młokosa, który dopiero, co odebrał prawo jazdy. Przepisy? Jego nie obowiązują! W końcu gen. Koziej jest szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, a nie drogowego. On na jezdni czuje się, jakby był na froncie.
Dla jego służbowej limuzyny czerwone światło nie oznacza wcale zwolnij, a raczej potężne zagrożenie. Trzeba więc jak najszybciej uciekać! Gaz do dechy, i już go nie ma.
Strzałka w prawo na pasie? To tylko sprytna zmyłka wroga, której uwierzyć mogą naiwniacy tłoczący się na pasie obok. Generalska limuzyna prze więc prosto, by na koniec zaatakować niespodziewanie z prawej flanki!
Z takim potężnym strategiem Polska musi być bardzo bezpieczna. Szkoda tylko, że kierowcy mniej...
MW/ więcej: Fakt z 24.05 wraz ze zdjęciami /

W chorym państwie jest najwięcej przepisów i zakazów, a ich łamaniem dla zabawy zajmuje się władza. Jednocześnie władza narzuca coraz to nowe obciążenia / oplaty, mandaty, kary sądowe, podnosi ceny/, aby mozna było kupowac coraz lepsze samochody dla władzy.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 20:17, 25 Maj 2013    Temat postu:

Subiektywny przegląd tygodnia:
W policji rządzi tyłek?
Co dalej z PO?
Z Opola

Zdaje się, że cały przegląd można poświęcić na sprawę pana komendanta wojewódzkiego gen. Leszka Marca, który lubi w swoim gabinecie rozmawiać(a może coś więcej) o sprawach różnych…
Nie będę taki. Poświęcę pół przeglądu, aby opisać działanie, dzielnego pana policjanta, który zapewne równie dzielnej pani naczelnik obiecał jakąś ciekawą rzecz, by koniec końców obietnicy nie dotrzymać. Nieładnie!
Osobiście bardzo ubolewam nad sprawą. Nie wiem kto bardziej upodlił się w tej sprawie – funkcjonariuszka czy komendant. Oczywiście, oboje zachowali się nieprzyzwoicie do granic możliwości, hańbiąc mundur, który noszą. Czy taka jest codzienność w policji? Stołek za tyłek? Tak wygląda praca na „służbie”? Tylko na czyjej, dla kogo, albo na czyich usługach, ciśnie się pytanie…?
Dobra, koniec. Pana komendanta już nie ma. Przyjdzie następny, a za nim kolejna afera.
W przyszły tygodniu poznamy wyrok ws. Ryszarda Zembaczyńskiego. Czekamy, co to będzie…
Premier ma odbyć ważną rozmową z minister Tadeuszem Jarmuziewiczem. Obstawiamy, że „Tadex” usłyszy od Tuska spokojne, jednak stanowcze słowa – „Tadex” musisz spasować. Odpuść. Zostań już tylko posłem, koniec z ambicjami. Przekombinowałeś.
Możliwe?

Z Polski
Okazuje się, że w polityce spadek notowań jest najlepszym bodźcem do rozpoczęcia jakiejkolwiek pracy. Nie powinienem być tym zaskoczony, bowiem obserwując polska scenę polityczną od wielu lat, widziałem wiele, a z każdym nowym rokiem, pojawiają się tylko sprawdzone metody działania partii.
Jednak tego, że Donald Tusk zdecyduje się przeprowadzić partyjne wybory już w lipcu, nie spodziewałem się. Jaki ma plan?
Opcji oczywiście jest kilka. Pierwsza zakłada, że Tusk chce szybciej zostać wybrany szefem PO, zanim sondaże całkowicie spadną w dół, bo wówczas, on sam będzie w gorszej sytuacji.
Dodatkowo chce podkreślić swoje przywództwo w partii, co dobrze będzie wyglądało w kontekście ewentualnych wyborów na szefa Komisji Europejskiej.
Być może liczy również na dobry, wakacyjny humor działaczy?
Wszyscy zakładają, że Schetyna nie ma szans? Błąd! Schetyna ma szanse, gdyż w szeregach PO ma wielkie poparcie. Jeżeli uda się przeforsować zasadę głosowania bezpośredniego, rozpocznie się wielka walka o każdy, nawet najmniejszy głos.
Głosować mogą jedynie osoby, które do PO należą min. pół roku. Podkreślił to rzecznik PO Paweł Graś, czy dziennikarz Cezary Gmyz, oświadczył, że musi się zapisać do PO aby zagłosować Smile
Jedno jest pewne – będzie się działo!
Tymczasem Jarosław Gowin nie przestaje krytykować rządu i samego Donalda Tuska. Polityk z Krakowa podkreślił nawet, że w razie odejścia z PO poradziłby sobie sam. Brawo!
Łukasz Żygadło


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 12:38, 26 Maj 2013    Temat postu: DZIEWCZYNA Z POCZTÓWKI SPOD MONTE CASSINO

DZIEWCZYNA Z POCZTÓWKI SPOD MONTE CASSINO
Jarosław Kałucki
Kiedy po zdobyciu bronionego przez Niemców klasztoru wręczała wiązanki maków generałom, fotograf zrobił jej zdjęcie. Powielone w tysiącach egzemplarzy, jako pocztówka trafiło do żołnierzy koalicji antyhitlerowskiej walczących na Zachodzie

Kobieta - Polka bierze udział w walce o Polskę” - jak o niej napisano na odwrocie pocztówki po polsku, angielsku, francusku i włosku to Maria Pasierbek-Szmidt, jedyna z kilkuset ochotniczek Pomocniczej Służby Kobiet II Korpusu Polskiego, która po wojnie wróciła do kraju. Kilka lat temu awansowana do stopnia kapitana Wojska Polskiego, żyje skromnie w Niemodlinie na Opolszczyźnie.
„CZERWONE MAKI NA MONTE CASSINO"
Jako najmłodsza ochotniczka zawsze byłam wyznaczana do wręczania kwiatów generałom - wspomina Maria Pasierbek -Szmidt. - Ale wówczas, pod Monte Cassino, to była najpiękniejsza uroczystość.
18 maja 1944 r. po zwycięskiej bitwie wręczała kwiaty trzem generałom: Francisowi Morganowi i Zygmuntowi Szyszce-Boguszowi, ale przede wszystkim Władysławowi Andersowi - czło¬wiekowi, który wybawił ją i siedmioro jej rodzeństwa z sowieckiej niewoli. Bo pod Monte Cassino spod Stryja na Kresach trafiła przez Sybir i Uzbekistan.
10 lutego 1940 r. w domu Pasierbków w Żurawnie pojawiają się sowieccy żołnierze. 14-letnia wówczas Marysia wraz z rodzicami i ośmiorgiem rodzeństwa - najmłodsza siostra miała dwa miesiące - będzie musiała odbyć sześciotygodniową podróż bydlęcymi wagonami, a potem saniami na Syberię tylko dlatego, że ojciec piłsudczyk walczył w legionach. Wysadzono go wraz z innymi mężczyznami na jednej ze stacji po drodze. I słuch po nim zaginął.
Marysia w sowieckiej Katandze półtora roku pracowała w ko¬palni złota. Gdy władze przeniosły rodzinę do Uzbekistanu, nie było już z nimi najstarszego brata, Mariana. Uciekł i przedostał się do formowanej armii gen. Andersa.
W Uzbekistanie Marysia trafiła do kołchozu na plantacji baweł¬ny. - Nie rabotajesz, nie kuszajesz - usłyszała 16-letnia dziewczyna ważąca wówczas 35 kg. - Tak jak troje starszego rodzeństwa musiałam wyrabiać nadludzkie normy, by dostać przydział chleba.
W Uzbekistanie matka i dziewięcioletnia siostra zapadają na tyfus. Matki szpital nawet nie chce przyjąć, siostra umiera w nim w przerażających warunkach. - Byłam przy jej śmierci, szczury odgryzły jej małżowiny uszne - płacze pani Maria. - Hela uśmiech¬nęła się do mnie na pożegnanie i odeszła. Mama zmarła wkrótce potem. Przed śmiercią prosiła, bym nie dała umrzeć młodszemu rodzeństwu, a mnie serce pękało z rozpaczy.
Wybawienie przyszło w 1942 r. - Przyśniła mi się biało-czerwo¬na flaga i polski żołnierz, a po kilku dniach pojawił się brat w mun¬durze - głos jeszcze dziś łamie się jej na to wspomnienie.
Jak setki innych żołnierzy Marian Pasierbek przeczesywał miejscowości na sowieckim Dalekim Wschodzie w poszukiwaniu zesłańców. - Po sowieckiej niewoli przez miesiąc na nowo uczyli¬śmy się jeść - pokazuje album ze zdjęciami wychudzonych dzieci w obozie I Armii. - Wtedy po raz pierwszy dowiedziałam się, jak nazywa się nasz wybawca, który rozkazał żołnierzom poszukiwa¬nie Polaków w Związku Sowieckim - gen. Władysław Anders.
Pierwszy raz spotkała go w Bagdadzie, wręczała jemu i brytyj¬skiemu królowi Jerzemu VI kwiaty. I wówczas, i pod Monte Cassi¬no gardło miała tak ściśnięte, że nie podziękowała Andersowi za uratowanie rodziny. Usłyszała za to od niego: „Dziękuję ci dziecko”.
„Jedź szybko, nie daj się zabić” - takie przydrożne tablice mijała 18-letnia Maria Pasierbek, pędząc w maju 1944 r. ciężarówką z amunicją i żywnością na linię walk pod Monte Cassino. Dwa lata wcześniej została ochotniczką 316. kompanii Transportowej Pomocniczej Służby Kobiet dzięki fortelowi, jaki podpowiedział jej kapelan II Korpusu. - Dodaj sobie dziecko dwa lata, to pójdziesz do wojska - radził jej ks. Adam Studziński. W ten sposób zamiast do sierocińca w Afryce Południowej, tak jak czworo jej młodszego rodzeństwa, trafiła z dwoma braćmi i siostrą do armii Andersa.
316. kompania dotarła do Włoch wiosną 1944 r., przed ostat¬nim polskim szturmem w jednej z najważniejszych bitew II wojny światowej. - Zawinęliśmy do Tarentu, na południu. Ktoś potem podliczył, że 316. i 317. kompania transportowa (dotarła miesiąc później do Włoch] przejechała w sumie 3,6 min mil, przewiozła 6626 ton amunicji, 27 283 tony żywności, 41 306 ton benzyny. Pierwsza bitwa, na którą Maria Pasierbek dowoziła amunicję, to było Monte Cassino.
„ZAMIAST ROSY PIŁY POLSKĄ KREW”
Z pożółkłej pocztówki Maria, śliczna blondynka z naręczami maków, uśmiecha się do walczących żołnierzy. W dniu, w którym wręczała je gen. Andersowi, po raz pierwszy usłyszała „Czer¬wone maki na Monte Cassino’'. Nigdy nie spotkała się z Feliksem Konarskim, autorem piosenki, która powstała na dzień przed tą uroczystością. Ale gdy słyszała ją po raz pierwszy i gdy słyszy ją dziś, zawsze łzy cisną się jej do oczu. Bo fraza piosenki o tych kwiatach, które piły polską krew, kojarzy się jej dosłownie. - Pra¬wie to widziałam, gdy pierwszy raz podeszłyśmy z koleżankami
na linię walk. To był chyba najtrudniejszy moment pod Monte Cassino - gdy przypomina sobie, co wówczas zobaczyły, głos grzęźnie jej w gardle. Dziesiątki trupów, wiele z wyżartymi przez robaki oczodołami, fetor nie do wytrzymania. Służby medyczne nie nadążały zbierać zabitych z pola walki, a upał był ogromny. - Bałam się, że rozpoznam któregoś z chłopców, z którymi wcze¬śniej rozmawiałam. Bałam się, że znajdę wśród nich moich braci wspomina pani Maria.
18 maja 1944 r. na Monte Cassino to dla Marii Pasierbek naj¬piękniejsza chwila na wojnie. Gdy biało-czerwona flaga, zatknięta przez żołnierzy z 12. Pułku Ułanów Podolskich załopotała na ruinach klasztoru, cieszyła się, że nikt więcej nie odda tu już życia. Bo bezskuteczne szturmy na klasztor, chronią¬cy linię Gustawa i drogę do Rzymu, przypuszczali Anglicy, Nowozelandczycy, Gurkowie, ginąc tak jak Polacy.
- Zwłaszcza ostatnią zwrotkę „Czerwonych maków..." dopisaną w 1969 r., rozumie niemal dosłownie. - „Bo wolność krzyżami się mierzy, historia ten jeden ma błąd..." nuci cicho i zaraz obrusza się na tych, którzy uważają, że polski atak na Monte Cassino był niepotrzebnym wykrwa¬wieniem się polskiej armii.
- To była wojna, to była walka z hitlerowcami, ktoś w końcu musiał ich pokonać - mówi. - Tylko że szybko zapomniano o przelanej polskiej krwi.
TAM POLAK Z HONOREM BRAŁ ŚLUB”
O tym, że jej podobiznę z makami rozesłano do tysięcy żołnierzy, dowiedziała się przypadkiem, od brata, Jana, który pod Monte Cassino wal¬czył jako czołgista. - Wszyscy jego koledzy chcieli mnie odwiedzić - śmieje się Maria Pasierbek. - Komendantka kiedyś ze śmiechem pytała, ilu mam braci, bo na odwiedziny zapisało się 20.
Wybrała sobie Eugeniusza Szmidta, oficera Dywizji Pancernej. Po wojnie wyszła za niego w Anglii i urodziła córeczkę. W1946 r. rozformowano Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, Eugeniusz, dwu¬krotnie ranny na wojnie, dostał 30 funtów odprawy i propozycję pracy w kopalni.
O wyjeździe z Anglii zadecydował incydent. Gdy Maria z mężem podczas spaceru poszli do kantyny kupić papierosy, usłyszeli, że dla Polaków ich nie ma. - Mąż strasznie się tym zdenerwował - wspomina pani Maria. - „Pod Monte Cassino przelaliśmy tyle krwi za waszą wolność, nie chcę więcej oglądać ani Anglii, ani Angli¬ków" - powiedział i zgodził się na wyjazd do Polski.
- Bo choć mogli jechać do Kanady, gdzie osiadł najstarszy brat Marii, albo do Afryki Południowej, gdzie mieszkało jej młodsze rodzeństwo, Maria koniecznie chciała wracać do kraju. Nie chce wyjeżdżać stąd i dziś - ani do córki i wnuczki do Anglii, ani do ro¬dziny w RPA. - Ja kocham Polskę, choć ona długo mnie nie kochała mówi ochotniczka spod Monte Cassino.
Gdy wysiadali w Gdyni z „Batorego", jeszcze nie wiedzieli, że to, czego doświadczyli w Anglii, będzie tylko namiastką szykan, jakie spotkają ich w ludowej ojczyźnie. Z Ostrowa Wielkopolskiego, gdzie chcieli się osiedlić, szybko uciekli. - Ja z siedmiomiesięcznym dzieckiem, a dla męża „andersowca”, jak o nim mówiono z pogardą, żadnej pracy - wspo-mina Maria Pasierbek. - Nawet nie przyznawałam się, że ja, porucznik z II Korpusu, byłam pod Monte Cassino.
Przenieśli się do Niemodlina, gdzie trafili jej kuzyni - repa¬trianci spod Stryja. Eugeniusz dostał pracę w domu kultury, ona urodziła jeszcze dwóch synów.

„POZOSTANĄ ŚLADY DAWNYCH DNI”
Kiedy Maria Pasierbek mogła wreszcie pokazać pocztówkę ze swą podobizną, świat jakby przestało to obchodzić. Takie miała wrażenie, gdy na 50. rocznicę bitwy zabrakło dla niej miejsca w delegacji kombatan¬tów.
Potem jednak dwukrotnie odwiedziła Monte Cassino. Cho¬dziła pomiędzy ponad tysiącem polskich grobów. W zeszłym roku, mimo zaproszenia do udziału w oficjalnej delegacji, odmówiła ze względu na stan zdrowia. Ale chciałaby pojechać tam raz jeszcze. - Z wnukami, Jolą i Szymusiem - rozmarza się. - One tam nigdy nie były. Niechby zobaczyły, gdzie o dzi¬siejsze spokojne życie dla nich walczyła ich babcia.
Skromną ochotniczkę spod Monte Cassino, o przeszłości której nie wiedzieli nawet jej są- siedzi, a którą odznaczono m.in. Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta i Krzyżem Pamiątkowym Monte Cassino, brytyjskim or¬derem Gwiazda Italii i Orderem Króla Jerzego VI, odkrył przypad¬kiem Marek Dwornicki ze stowarzyszenia Pancerny Skorpion.
Ten dowódca szwadronu Wojskowych Pojazdów Historycznych podwoził kogoś z rodziny Marii Pasierbek i wtedy usłyszał historię o kobiecie, która była kierowcą pod Monte Cassino. Któregoś dnia stanął w jej drzwiach i zameldował się, jako sierżant porucznikowi. To dzięki niemu kilka lat później Marię Pasierbek awansowano na stopień kapitana Wojska Polskiego. W 2008 r. na opolskim rynku lokalne władze przy tej okazji świętowały jej powrót z frontu do ojczyzny.
Jarosław Kałucki


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 16:04, 26 Maj 2013    Temat postu: Zamach majowy 1926 r

Tymoteusz Pawłowski
12 maja 1926 r. rozległy się na ulicach Warszawy strzały. Kto strzelał? Dlaczego? W czyim imieniu? Wówczas tego nie ustalono. Dziś wiemy niemal wszystko na ten temat, ale wciąż opisując zamach majowy, posługujemy się bezosobową formą: „rozległy się strzały”
II RZECZPOSPOLITA
MAJ 1926 R.
- ZAMACH, ALE CZYJ?
Rankiem 12 maja 1926 r. marszałek Józef Piłsudski przyjechał do Warszawy, żeby | spotkać się z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim. Chciał z nim omówić postępowanie nowego premiera Wincentego Witosa. Zaczął on bowiem wydawać rozkazy wojsku! Choć wszyscy wiedzieli, że jest to niezgodne z duchem prawa i niezgodne z zasadami demokracji, żaden zapis nie zabraniał tego wprost. Niestety, prezydent wyjechał do Spały i marszałek nie miał okazji z nim porozmawiać.

Rozmowa taka stała się możliwa dopie¬ro po południu, gdy Wojciechowski wrócił do Warszawy. Niemal na jej rogatkach czekał na niego Witos i to jego wersję wydarzeń usłyszał jako pierwszą prezy¬dent. Na spotkanie z Piłsudskim - odbyło się o godz. 17 na moście Poniatowskiego- udał się już uprzedzony i zażądał od niego wypełnienia poleceń premiera. Na ich spełnienie Wojciechowski dał dwie godziny. Piłsudskiemu nie pozostało nic innego, jak tylko wrócić na prawy brzeg Wisły.

GRZECH ZANIEDBANIA


Jednak zanim termin ultimatum minął, rozległy się strzały. „Rozległy się strzały" tak- opisywane jest to niemal w każdej książce wydanej w PRL. Także współcze¬śni autorzy bezkrytycznie przepisują to, co napisali ich starsi koledzy, nie bacząc na to, że tamci musieli przypodobać się ludowej władzy. Ludowa władza nie lubiła Piłsudskiego i oczerniała go, jak mogła. Jeśli fakty nie zgadzały się z propagandą komunistyczną, to tym gorzej dla faktów. Wystarczy, że cenzorzy początek wydarzeń majowych zaczęli opisywać bezosobową formą „rozległy się strzały”.
Dziwnie bowiem brzmiałoby zdanie: „Zamach Piłsudskiego rozpoczął się, gdy oddziały posłuszne Witosowi rozpoczęły ostrzeliwanie warszawskiej Pragi...’’.
Do wojskowego zamachu stanu w Polsce musiało dojść. Musiało, polskie prawo dawało bowiem taką możliwość. W cza¬sach rzymskich cesarzem zostawał ten, kto kontrolował korpus pretorianów i im płacił. W Europie - przynajmniej od czasów Karola Wielkiego - skarb był zarządzany przez innych ludzi niż wojsko, a suweren się starał, żeby stosunki pomiędzy tymi dwiema instytucjami były chłodne. Gdy w 1921 r. uchwalono Konstytucję Rzeczy¬pospolitej, zaniedbano tę sprawę. Zaniedba¬no świadomie - jeśli wybuchłaby wojna, to jedynym sensownym wodzem naczelnym Wojska Polskiego byłby Józef Piłsudski. Jego polityczni przeciwnicy - przede wszystkim narodowi demokraci od Romana Dmow¬skiego i ludowcy od Wincentego Witosa- nie widzieli więc sensu wzmacniania jego pozycji konstytucyjnymi ustaleniami.
Naprawić ten błąd próbowano dopiero wówczas, gdy Piłsudski wycofał się z czyn¬nego życia politycznego. Jednak kolejne projekty ustaw o naczelnych władzach woj¬skowych upadały jeszcze przed dostaniem się do laski marszałkowskiej. Chodziło o takie rozwiązanie sprawy, w którym generałowie nie podlegaliby bezpośrednio rządowi, a jednocześnie nie byliby zbyt samodzielni. Przez wiele lat sprawdzało się rozwiązanie prowizoryczne, bo ani generałowie nie chcieli zdobywać władzy, ani politycy tego nie potrzebowali.

KRYZYS
Władzę w tym czasie sprawowała koali¬cja ludowców, chadeków i endeków, cza¬sem wspieranych przez socjalistów. Główni aktorzy się zmieniali, ale politycy średniego szczebla byli zadowoleni z zasiadania w szeregach partii władzy. Komfortowa na początku sytuacja powoli jednak się pogar¬szała, a w Polskę uderzały kolejne kryzysy: społeczeństwu zaczęła doskwierać polityka zaciskania pasa, gwałtownie wzrosło bezrobocie, wybuchały coraz to nowe afery korupcyjne, Niemcy i Rosja rozpoczęły owocną współpracę, a sojusznicy wydawali się lekceważyć Rzeczpospolitą.
Do przesilenia doszło na początku maja 1926 r. Okazało się wówczas, że premier Aleksander Skrzyński nie jest w stanie realizować jednocześnie postulatów lewicy i prawicy, więc jego rząd upadł. Prezydent próbował powołać nową radę ministrów, ale dopiero ósma złożona przezeń propo¬zycja została przyjęta. Premierem zgodził się zostać Wincenty Witos. Prezesem Rady Ministrów był już dwa razy, ale nie zdołał zaskarbić sobie sympatii wyborców. Czy raczej przy bardzo wielu zwolennikach miał równie licznych przeciwników.
Pierwszym krokiem Witosa po otrzyma¬niu misji utworzenia rządu było udzielenie oświadczenia, w którym - 9 maja 1926 r.- powiedział m.in.: „Niechże wreszcie Mar¬szałek Piłsudski wyjdzie z ukrycia, niechże stworzy rząd, niech weźmie do współpracy wszystkie czynniki twórcze, którym dobro państwa leży na sercu. Jeśli tego nie zrobi, będzie się miało wrażenie, że nie zależy mu naprawdę na uporządkowaniu stosunków w państwie". W ostatniej chwili wycofano się z upublicznienia następnego zdania premiera: „Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko, jeśli tak, to niech bierze władzę siłą... Ja bym się nie wahał tego zrobić; jeśli nie zrobi tego, to - zdaje się - nie ma jednak tych sił za sobą".
Marszałek - niezadowolony z osoby nowego premiera - miał doskonałą okazję do wzięcia władzy siłą. Otóż jeszcze 18 kwietnia minister spraw wojskowych wydał polecenie o rozpoczęciu 10 maja ćwiczeń na poligonie w Rembertowie (dziś prawobrzeżnej dzielnicy Warszawy).
O dowodzenie zwołanymi tam formacjami poprosił Piłsudskiego. Tuż przed rozpo¬częciem manewrów marszałek udzielił wywiadu, odpowiadając niejako nowemu premierowi, że gotów jest „do walki, jak poprzednio, z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partii i stron¬nictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach a pamiętaniem tylko groszu i korzyści”. Następnego dnia-11 maja - na polecenie rządu nakład gazety, w której ukazał się wywiad Piłsud¬skiego, został skonfiskowany. Jednocześnie nowy minister spraw wojskowych - gen. Juliusz Malczewski - postawił w stan gotowości garnizon Warszawy oraz wydał rozkaz Piłsudskiemu w sprawie zakończe¬nia ćwiczeń.
Generał dywizji wydał rozkaz marszał¬kowi Polski.


ROZGRYWKA-

Wincenty Witos rozgrywał właśnie partię życia. Nie dość, że po raz trzeci został premierem, to miał jeszcze okazję zostać „silnym człowiekiem Rzeczypospolitej"- silniejszym niż Piłsudski. Otóż postawił swojego oponenta przed fatalną alternaty¬wą. Marszałek musiałby teraz wykonać roz¬kaz wydany przez generała - ukorzyć się poddać władzy Witosa. Mógł też podjąć wyzwanie, złamać prawo i ulec przeważają¬cym siłom „prorządowym”. Przeważającym, bo niemal wszystkie pułki w Warszawie oprócz szwoleżerów - miały dowódców niechętnych lub wrogich Piłsudskiemu. Dla pewności gen. Malczewski zwołał do stolicy kolejne pułki z Wielkopolski i Małopol¬ski. Nowemu premierowi udało się też przekonać prezydenta Wojciechowskiego i otrzymać jego akceptacje dla poczynionych do tej pory kroków.
Piłsudski - jak już wspomniałem - chciał jeszcze rankiem rozmawiać z prezydentem. Nie zastał go jednak Na kolejne spotkanie z prezydentem marszałek przybył już w asyście oddziałów sprowadzonych spod Rembertowa. Miał nadzieję, że zbrojna demonstracja przekona prezydenta do zdymisjonowania Witosa. Tak się jednak nie stało. Wojciechowski - stary przyjaciel Piłsudskiego - zaczął go pouczać: „Stoję na straży honoru Wojska Polskiego. Reprezen¬tuję tutaj Polskę, [...] żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej!”. Dał mu jednak czas na pokojowe rozwiązanie sporu.
Wojska posłuszne Witosowi stały na lewym brzegu Wisły. Na prawym zaś gromadziły się oddziały wierne Piłsudskiemu. Pierwsze strzały „zama¬chu Piłsudskiego" padły ze strony wojsk Witosa. Ogień otworzyły formacje stojące na placu Zamkowym, przy moście Kierbe-dzia. Pierwsza seria została wystrzelona z samochodu pancernego, następnie kilka salw oddała piechota wsparta samotnym działem polowym. Celem pocisków byli zbierający się nad Wisłą mieszkańcy miasta i żołnierze 36. Pułku Piechoty, którzy odmówili wykonania rozkazów Witosa. Była to zapowiedź jego porażki: okazało się, że zarówno mieszkańcy Warszawy, jak i wojska stacjonujące w stolicy sympatią darzą Piłsudskiego. Także w najważniej¬szych koszarach lewobrzeżnej Warszawy- w Cytadeli - oficerowie sympatyzujący z Witosem zostali pozbawieni dowództwa i nie mogli wykonać rozkazów nakazu¬jących „dostać w swe ręce przywódców buntu, nie oszczędzając ich życia”. Wojska marszałka przeszły więc przez Wisłę i opa¬nowały północną część Warszawy.
Wincenty Witos i jego poplecznicy zostali zaskoczeni szybkością wydarzeń, ale nie stracili wiary w zwycięstwo. Oczekiwali, że następnego dnia do stolicy przybędą pułki z Wielkopolski i Małopolski - nie tylko dowodzone przez lojalnych pułkowników, ale też wypełnione rekrutami pochodzącymi z ziem, na których duże wpływy mieli Narodowa Demokracja i lu¬dowcy. Generał Malczewski był tak pewny siebie, że zdzierał ordery pochwyconym zwolennikom Piłsudskiego - wyzywając ich od „sk...synów, buntowników, bandytów, złodziei, zbójów, zdrajców, żeby was matka nie zrodziła" - a lotnictwu rozkazano, żeby bombardowało Warszawę.
Nadzieje Witosa okazały się płonne. Ko¬lejarze poparli Piłsudskiego i ogłosili strajk, zatrzymując wszystkie transporty zmierza¬jące do stolicy. Walki w mieście nie trwały nawet 48 godzin - tuż po południu 14 maja premier Witos i prezydent Wojciechowski opuścili Warszawę i udali się do Wilanowa, gdzie podpisali rezygnację z zajmowanych stanowisk, a władzę przekazali marszałko¬wi Sejmu Maciejowi Ratajowi.
FINAŁ

W walkach zginęło 200 wojskowych- niemal po równo po każdej ze stron- i niemal drugie tyle cywilów (przede wszystkim warszawiaków, którzy dwu¬dniowe bratobójcze walki potraktowali jak zawody sportowe i przyglądali im się ze zbyt bliskiej odległości]. Maciej Rataj powo¬łał nowy rząd, w którym Piłsudski został ministrem spraw wojskowych, i napisał właściwą ustawę o kierowaniu siłami zbroj¬nymi. Jeśli po zamachu majowym w Polsce zapanowała dyktatura, to nie dlatego, że Piłsudski siłą trzymał się władzy, lecz raczej dlatego, że jego przeciwnicy byli zbyt słabi, by po nią sięgnąć.
Naiwnością byłoby sądzić, że Piłsudski i Witos byli w maju 1926 r. jedynymi graczami. Obaj byli reprezentantami środowisk, które chciały zdobyć i utrzymać władzę. Sukces Piłsudskiego możliwy był przede wszystkim dzięki wysiłkowi jego podwładnych. Klęska Witosa stała się faktem z powodu nieudolności ludzi go popierających. Zwycięzca nie mścił się na przegranych, choć wyciągnął konse¬kwencje wobec tych, którzy zachowali się niehonorowo. Czasami przybierało to mało parlamentarne formy, tak jak wówczas, gdy podczas rozmowy telefonicznej Marszałek wyzywał swojego podwładnego: „Ty wystę-pujesz przeciwko mnie?... A kto ci te ordery na piersi powiesił?... Ty ch..,u solony!"
Myliłby się ten, kto by sądził, że jedy¬nie Witos dążył do przesilenia siłowego. Piłsudski także chciał gwałtownego i jed¬noznacznego rozwiązania sytuacji. Żaden z nich natomiast nie chciał przelewu krwi- obaj mieli nadzieję, że wszystko zakończy się po zbrojnej demonstracji.
Naiwnością byłoby też wskazywać jed¬nego odpowiedzialnego za przelew krwi. Zwolennicy Witosa chętnie przyznawali się do tego, że stali się ofiarami, natomiast zwolennicy Piłsudskiego byli dumni z odniesionego zwycięstwa. Nie miało to większego znaczenia: życie polityczne to¬czyło się nadal, ludzie Witosa podejmowali kolejne - nie tylko legalne - próby zdobycia władzy, a ludzie Piłsudskiego bronili kon¬stytucji przed takimi knowaniami.
Trudno określić, która ze stron złamała w 1926 r. konstytucję. Obie. Łatkę dykta¬tora przypięto jednak tylko marszałkowi. Wydarzenia majowe nazwano „zamachem Piłsudskiego". Wincenty Witos nie był jednak „obrońcą konstytucji", bo to on rozpoczął niekonstytucyjne działania, bo to on złamał jako pierwszy ducha obo¬wiązującego w Polsce prawa. A czy złamał konstytucję bardziej niż jego oponent? To pytanie, nad którym warto się zastano¬wić, nawet jeśli nie da się na nie udzielić odpowiedzi.
Być może gdyby wydarzenia majowe zbadać całkowicie obiektywnie, odrzucając balast politycznych oskarżeń II Rzeczy¬pospolitej i propagandę PRL, mogłoby się okazać, że w maju 1926 r. nastąpił „zamach Witosa", a w „obronie konstytucji" stanął Józef Piłsudski. •
Tymoteusz Pawłowski


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 9:30, 27 Maj 2013    Temat postu: Nie tylko Tusk

Nie tylko Tusk

Załamanie poparcia dla Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej wywołało panikę wśród polityków tej partii i zmianę tonu mediów. Nagle się okazało, że „oszołomy” miały rację. Nie ma autostrad, nie ma polityki prorodzinnej, wzrost gospodarczy nie przekroczy 0,7% czyli granicy statystycznego błędu pomiaru, bezrobocie i upadek, a rząd i premier nic nie robi. Z tej fali krytyki Platforma już się nie wygrzebie. Nic nie wskazuje bowiem, żeby Tusk miał szansę zaliczyć jakikolwiek sukces, a rzeczywistość da się owszem zagadywać długo, ale w końcu nawet lemingi otrzeźwieją.

Na fali bankructwa Donalda i jego ekipy korzysta oczywiście główna siła opozycyjna – PiS, którego notowania przeskoczyły już o kilka punktów PO – i sam Jarosław Kaczyński, którym dotąd dziennikarze „Tusk Network Vision” straszyli niemowlęta. Już Kaczyński nie okazuje się taki straszny, bo nie wiadomo czy jutro nie będzie rządził.

Co prawda na razie jeszcze nic na to nie wskazuje, bowiem ordynacja wyborcza jest tak skonstruowana, że właściwie niemożliwe jest uzyskanie w niej bezwzględnej większości w Sejmie. Najbliższy był tej sytuacji SLD w 2001, ale nawet poparcie przekraczające 40% nie dało tej partii bezwzględnej większości. Ordynacja proporcjonalna wyklucza uzyskanie przez którąkolwiek z partii bezwzględnej większości w sejmie, zatem po wyborach w 2015 możemy mieć sytuację gdy dysponujący największym klubem sejmowym PiS zostanie w opozycji, a rząd koalicyjny stworzą PO-SLD i PSL. Nie widać bowiem możliwości żeby PiS mogło zawrzeć koalicję z kimkolwiek.

Premierem nowego rządu zostanie ktoś z PSL, Tusk odejdzie na jakąś europosadę, nowym liderem PO zostanie Schetyna popierany przez Gowina, a cała koalicja zostanie zawarta pod hasłem powstrzymywania powrotu IV RP czyli rządów Kaczyńskiego.

Niewykluczone zresztą, że zmiany w PO zostaną przeprowadzone wcześniej i że są już planowane. Ostatnie publiczne wypowiedzi Gowina i ochota, z jaką wierni dotąd Tuskowi dziennikarze mówią o jego odejściu mogłoby wskazywać, że plan został napisany i że ktoś „przestawił wajchę”.
Scenariusz pozbywania się przywódcy, który się „zużył” i zastępowania go nowym liderem, który odcina się od dotychczasowych „błędów i wypaczeń” jest nam doskonale znany z czasów PRL. Partia rzuca ludowi na pożarcie Gomułkę, zastępuje go Gierkiem – wszystko inne pozostaje bez zmian, ale propagandyści mają „nowe otwarcie”. Znów przez parę miesięcy albo i lat mogą mówić o sukcesach, które tuż, tuż nadejdą, o niedobrym kryzysie, który sprawia, że jest bieda i bezrobocie i złej opozycji, która oczywiście jest wszystkiemu winna.

PiS miałby szansę na bezwzględne zwycięstwo wyborcze i uzyskanie większości w Sejmie, gdyby Jarosław Kaczyński zrozumiał mechanizmy ordynacji i gdyby poparł Jednomandatowe Okręgi Wyborcze – nawet w postaci ordynacji mieszanej. Niestety nic nie wskazuje, że po latach zwalczania JOW prezes PiS jest w stanie zmienić zdanie. A jeszcze usypiają go w samozadowoleniu komentarze popierających go dziennikarzy, którzy zastanawiają się czy PiS będzie rządził samodzielnie.

Te komentarze są reakcją na dziwaczną sytuację PiS-u, który może dostać najwięcej głosów w wyborach i dalej być opozycją.
Załamanie poparcia dla PO i Tuska, którego urzędowanie źle ocenia aż 64% Polaków (dobrze tylko 28%) następuje w sytuacji, kiedy na Tuska pracuje cała machina propagandowa większości mediów. Jeśli w tak luksusowej sytuacji społeczeństwo zdecydowanie odrzuca premiera, oznacza to nie tylko klęskę Tuska i jego formacji. Oznacza także porażkę „zaprzyjaźnionych telewizji” wszystkich tych dziennikarskich najemników, którzy od 6 lat zapewniali mu propagandową ochronę. Nieufność wobec Tuska jest także nieufnością wobec całego chóru jego propagandystów.

Jeśli Tusk ma za swoje nieróbstwo i niespełnione obietnice ponieść konsekwencje i utracić władzę, to jak odpowiedzą za swoją działalność Tomasz Lis, Jacek Żakowski, Janina Paradowska e tutti quanti?

Janusz Sanocki


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 21:01, 27 Maj 2013    Temat postu:

MARYNARKA WOJENNA W SUCHYM DOKU
Marzena Muszyńska
Jeśli w życie wejdzie reforma systemu dowodzenia wojskiem, dowództwo Marynarki Wojennej zostanie przeniesione z Gdyni do Warszawy. Polska będzie wówczas jedynym nadbałtyckim państwem, w którym siedziba Marynarki nie znajduje się na wybrzeżu.

W Sejmie trwają prace nad projektem nowelizacji ustawy o urzędzie ministra obrony naro-dowej, który ma zmienić system dowodzenia armią. Nowe prawo likwiduje dowództwa poszczególnych rodzajów sił zbrojnych. Opozycja uważa, że takie przekształcenia są sprzeczne z konstytucją.
Jeśli posłowie uchwalą ustawę, w miejsce Dowództwa Marynarki Wojennej powstanie Inspektorat Marynarki Wojennej, który będzie częścią Dowódz¬twa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Dziś dowództwo tej formacji mieści się w Gdyni, po reformie ma zostać przeniesione do Warszawy.

Nie chodzi tu tylko o przenie¬sienie instytucji z jednego miasta do drugiego. Zmiana ta wzbudza zaniepokojenie marynarzy, któ¬rzy boją się masowych zwolnień. Nie dla wszystkich bowiem znaj¬dzie się miejsce w nowej struk¬turze. Z publicznych wypowiedzi gen. Mieczysława Różańskiego, pełnomocnika MON ds. reformy systemu kierowania i dowodze¬nia Siłami Zbrojnymi, wynika, że zaledwie około 60 oficerów i żoł¬nierzy Dowództwa Marynarki Wojennej znajdzie pracę w Do¬wództwie Generalnym, w tym w Inspektoracie MW.

Co z pozo¬stałymi? Podczas wizyty w Gdyni gen. Różański zapewniał, że ich „potencjał zostanie wykorzysta¬ny”. Nie zdradził jednak – jak i gdzie? Jak dalece można wie¬rzyć takim obietnicom?

W grudniu 2012 r. minister obrony narodowej Tomasz Sie¬moniak pytany o losy dowództw Wojsk Specjalnych w Krakowie i Marynarki Wojennej w Gdyni- zapewniał, że nie przewiduje przenosin. Jak mówił, nie chce skupiać się na przeprowadzkach, lecz na tym, aby nowe struktury dobrze działały.

Protest SLD

Planom przeniesienia siedziby Marynarki do Warszawy sprze¬ciwia się SLD. - To jeden z nąj- bardziej nierozsądnych i skan¬dalicznych projektów, jakie były prezentowane w czasie polskiej transformacji - mówi szef Soju¬szu, Leszek Miller. Wiceprzewod¬niczący sejmowej komisji obrony, Stanisław Wziątek dodaje, że jest to również zaprzepaszczenie do¬świadczeń związanych z syste¬mem dowodzenia. - To operacja na żywym organizmie, bo taki system dowodzenia nie został przećwiczony nigdzie w Euro¬pie ani na świecie - przestrzega Wziątek.
Leszek Miller, który jest po¬słem z Gdyni, zaapelował do pre¬zydentów Gdańska, Gdyni i Sopo¬tu oraz samorządów nadmorskich gmin o włączenie się do protestu przeciw próbom przeniesienia dowództwa Marynarki Wojennej do stolicy. Posłowie SLD zgadzają się, że system dowodzenia trzeba doskonalić, ale należy to robić w sposób ewolucyjny, mniej do-tkliwy dla Sił Zbrojnych.

Posłowie na okręcie

21 maja do Gdyni wybrali się na wyjazdowe posiedzenie posło¬wie sejmowej komisji obrony na¬rodowej. Dyskutowali gównie na temat unowocześnienia polskiej floty (średnia jej wieku to około 30 lat, do 2016 roku większość okrętów będzie trzeba wycofać z użytku) - w ciągu najbliższych 20 lat na modernizację floty ma zostać wydanych kilkanaście mi¬liardów złotych.
Rozmawialiśmy także o skut¬kach wejścia w życie ustawy o zmianie systemu dowodzenia sił zbrojnych, w tym o przenie¬sieniu dowództwa Marynarki z Gdyni do Warszawy - mówi poseł Stanisław Wziątek. Pod¬kreśla, że decyzja ta oddala prze¬łożonych od żołnierzy. Dlatego zaproponował, aby w sprawie pozostawienia dowództwa Mary¬narki Wojennej w Gdyni komisja obrony podjęła dezyderat i zwró¬ciła się z nim do ministra obrony narodowej oraz premiera.
Prze¬wodniczący komisji poseł PO Stefan Niesiołowski zapowiedział omówienie tej propozycji na prezydium komisji. - Nie wiadomo, czy komisja przyjmie potem taki dezyderat, czy też odbędzie się łamanie kołem posłów koalicji rządzącej, aby go odrzucić. Słyszałem wiele wypowiedzi posłów ’platformy wyrażających zrozu¬mienie dla takiego dezyderatu, podsumowuje poseł Wziątek.
Na temat miejsca Marynarki Wojennej w nowej strukturze do¬wodzenia posłowie mają dysku¬tować podczas jednej z najbliż¬szych sejmowych komisji obrony.MM.

Dziennik- Trybuna.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
mryski




Dołączył: 13 Cze 2009
Posty: 265
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Polska
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 16:58, 30 Maj 2013    Temat postu:

Tonącemu okrętowi nikt nie udziela pomocy, ponieważ z jednej strony uczynił już wiele zła, a z drugiej brak wizji jego użyteczności w przyszłości. Bezsilni z aprobatą przyglądają się spadającym sondażom i miotaniu się decydentów na pokładzie tej rozchybotanej łajby, jaką jawi się dziś „platforma” nazwana kiedyś szumnie obywatelską. Jednak nie brakuje głosów realistycznie krytykujących od dawna to, co nazywano zielona wyspą i podkreślających, że nie mają z kim przegrać. Przegrywają teraz nie tylko w sondażach, ale przede wszystkim utracili zaufanie swoich wyborców i ich najwierniejsi żołnierze szukają sobie nowych armii.

Opozycja wyrywa niczym nity z burty, kolejne stanowiska samorządowe, a po pomyślnym usunięciu w stolicy z funkcji prezydenta pani HGW rozpocznie się lawinowy marsz po władzę.
Sytuację ładnie opisuje pan Andrzej Urbański. Polecam.

GÓWNO PANA PREMIERA
System powiatowych urzędów pracy nie działa, chociaż co roku na jego konto pracodawcy wpłacają 10 miliardów złotych. Jest sam dla siebie, dla tworzących go urzędników z partyjnego nadania
ANDRZEJ URBAŃSKI

Jak wygląda agonia pań¬stwa? Każdy obserwator o przyrodniczych skłon¬nościach może się teraz o tym osobiście przeko¬nać. Co dnia we wszyst¬kich mediach mnóstwo informacji o aktywności premiera Tuska, który zamierza rekonstruować, usprawniać, poprawiać i oczysz¬czać... Nie chodzi jednak o kondy¬cję państwa i los obywateli, ale o jego własną kondycję i los osobi¬sty. Premier wraz z drużyną funkcjonariuszy swojej partii zajmuje się jej, czyli PO, rekonstrukcją, od¬nową, poprawą.

Medialni funkcjonariusze PO, dla niepoznaki przebrani za dzienni¬karzy, dwoją się i troją, aby pokazać zaangażowanie premiera, czyli je¬go walkę o przywództwo nad zgra¬ją popleczników, służalców i po¬chlebców, którym ostatnie sonda¬że uświadomiły rzecz straszną i niewyobrażalną - że mogą utracić ciepłe państwowe posadki, swoje i licznych krewnych.
A chodzi o nie - bagatelne dziesiątki tysięcy miejsc pracy w administracji rządowej i samorządowej, w spółkach i struk¬turach decyzyjnych, w zarządach i radach nadzorczych. A gdzieś na marginesach tych tytanicznych wysiłków premiera, aby się utrzy¬mać na powierzchni, przemykają informacje, od których bije smród i zgroza niewyobrażalna dla wszyst¬kich Polaków.

Ot, choćby w zaprzyjaźnionym z Tuskiem „Newsweeku” (z 20 maja) czytam, że redakcyjne źró¬dła w Ministerstwie Rozwoju Re¬gionalnego „nie pozostawiają wątpliwości” - „konkretnych pla¬nów inwestowania unijnych pie¬niędzy ciągle nie ma”.
Nie ma, bo ministerstwo nie dostało żadnych precyzyjnych dyspozycji od pre¬miera. Nie ma i do września nie będzie, bo premier teraz dwoi się i troi, aby wygrać „wybory” we własnej partii. Sympatyk premie¬ra myśli sobie - oj tam, oj tam, co za problem, dyspozycje przyjdą i stracony czas zostanie naprawio¬ny. Nie zostanie - nawet liberało¬wie nie zwrócą straconego czasu. A przedsiębiorcy nadal nie wie¬dzą, gdzie, w jakim kierunku ma pójść rozwój gospodarki. A jak nie wiedzą, to zamiast rozwijać - zwi¬jają, zamiast produkować - ogra-niczają, i zamiast zatrudniać - zwalniają. A przy okazji do budże¬tu trafia coraz mniej podatków.
Przedsiębiorcy są niewinni. To ludzie racjonalni, twardo stąpają¬cy po ziemi, a przetasowania w PO obchodzą ich mniej niż ze¬szłoroczny śnieg.
Ich obchodzi jedno - gdzie państwo będzie in¬westować, co będzie wspierać, gdzie mogą liczyć na państwowe i samorządowe zlecenia. Przykła¬dowo, na uprzątaniu śniegu ci, którzy wygrali przetargi, swoje już zarobili. Teraz czekają na przetar¬gi śmieciowe - ta nowa żyła złota zostanie sfinansowana przez lud¬ność, która nawet nie wie, że to kolejny parapodatek. Kolejny drenaż ich prywatnych kieszeni. Kolejna porcja paragrafów, z któ¬rych będą ich skazywać kolejne tysiące specjalnie zatrudnionych urzędników, pochodzących z re¬komendacji rządzącej partii.
W innym tygodniku, wsławio¬nym wyborczą okładką „Tusku - musisz!”, czytam tekst niebywały, i tu składam gorące podziękowa¬nia pani Joannie Solskiej. Bez niej nigdy bym się nie dowiedział o badaniach dr Joanny Tyrowicz z Uniwersytetu Warszawskiego. Pa¬ni doktor wraz ze studentami po¬stanowiła sprawdzić, jak działa państwowy system walld z bezro¬bociem, które oficjalnie dotyczy 2 min 300 tys. obywateli w stosow¬nym wieku. Badacze wysłali więc do 381 powiatowych urzędów pracy i ich 33 filii w imieniu fikcyj - nych firm oferty pracy - dla kie¬rowcy, sprzątacza, księgowej i handlowca. Dla każdego coś miłe¬go. Efekt powalił naukowców na kolana - żaden z urzędów nie zro¬bił nic, aby znaleźć wśród zareje¬strowanych u nich bezrobotnych chociaż jednego kandydata do pracy. Stuprocentowy sukces, to znaczy kompletne badziewie i porażka. Nawet w lotto człowiek ma chyba większe szanse.
Pan minister, który za to odpo¬wiada przed Tuskiem, ucieszył się z badań i pochwalił. Oraz oczywiście obiecał wzmożenie i poprawę. Czy robienie idiotów z Polaków to nadał ewenement czy już specjali¬zacja? Pan minister nie zauważył, że system nie działa i ma komplet¬nie w dupie bezrobotnych i poszukujących pracowników przedsię¬biorców. A ci podobno właśnie szukaj ą 700 tys. pracowników specjalności różnych. Pan minister powinien się więc powiesić na wła¬snym fotelu, najpierw jednak wy¬słać dymisje dla wszystkich szefów powiatowych urzędów pracy. A czuwać nad tym samooczyszcze¬niem powinien osobiście premier Tusk. On ten syf bowiem wraz par¬tyjnymi kolegami wyprodukował
PRZEDSIĘBIORCY SĄ NIEWINNI. TO LUDZIE RACJONALNI, TWARDO STĄPAJĄCY PO ZIEMI
Nic z tego jednak nie będzie, po¬nieważ – jak pisze Solska - owi sze¬fowie to najwierniejsza partyjna straż przyboczna pana premiera.
Najlepsi z najlepszych, krew z libe¬ralnej krwi, prawe ręce partyjnych baronów, dysponenci kasy i miejsc pracy czyli ci, którzy trzymają par¬tyjne kadry za ryja przy korycie. Bez nich pan premier „wyborów” w swojej partii nie wygra. I co przy tym znaczą nadzieje przedsiębior¬ców na poszukiwanych pracowni¬ków? Albo poszukujących pracy na ich znalezienie?
Chcę napisać, że mi się to w pale nie mieści. W każdym razie moja wyobraźnia tego nie trawi. Prze¬żuwam, kłapię zębami, rozcieram, połykam i nic. Nadal nie wierzę. Ale to nie byłaby cała prawda. Nie¬stety, wierzę pani dr Tyrowicz. System nie działa, chociaż co roku na jego konto pracodawcy wpła¬cają 10 mld zł. Nie działa, bo - jak pisze pani Solska - system ów jest FIKCJĄ. Jest sam dla siebie, dla tworzących go urzędników z par¬tyjnego nadania. Wreszcie dla do¬brego samopoczucia pana pre¬miera, który ma dziś na głowie bardzo poważny problem, jak nie dać ciała partyjnym konkuren¬tom. I dlatego zapewne nawet nie spyta swojego ministra - co tym wspólnym gównem ma zamiar zrobić


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
julevin




Dołączył: 15 Sty 2008
Posty: 737
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 107 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 16:43, 31 Maj 2013    Temat postu:

WOJNA DIABŁÓW








Informacje wywiadu sowieckiego w przededniu wybuchu wojny z Niemcami były całkowicie błędne
SEBASTIAN RYBARCZYK

Odkłamywanie historii II wojny światowej jest w obecnej chwili największym zadaniem stoją­cym przed za­wodowymi historykami. Hektolitry atramentu i tony papieru zużyto, aby zaciemnić, zmanipulować czy wręcz zakłamać ten okres. Dotyczy to właściwie wszystkich państw biorących udział w tym konflikcie. Przed i podczas wojny popełniono tyle błędów politycznych, dyplo­matycznych i militarnych, że żadna ze stron, a zwłaszcza alianci, nie by­ła zainteresowana ich ujawnia­niem. Efekt wojny był dość mizerny dla demokratycznego świata. Zruj­nowana Europa i Azja, dziesiątki milionów ofiar i 50-letnia niewola, w jaką wpadło kilka państw nasze­go regionu.

Jeden z szeroko rozpowszech­nionych mitów, bardzo często powtarzany przez uznanych hi­storyków, dotyczy początku kon­fliktu sowiecko-niemieckiego w czerwcu 1941 r. Według obowią­zującej narracji Związek Sowiecki przystąpił do wojny nieprzygoto­wany, zacofany technicznie, a sam Stalin w niewyjaśnionym amoku odrzucał wszystkie sugestie doty­czące nadchodzącej wojny Oczy­wiście to wyjaśnienie obowiązuje również w oficjalnej, rządowej hi­storiografii rosyjskiej. Na miłują­cych pokój Rosjan napada totali­tarny reżim, chcąc zniszczyć ten kraj i wytępić ludność go za­mieszkującą.

Pierwszym historycznym rewi­zjonistą był - co specjalnie nie po­winno dziwić - Rosjanin mieszka­jący na Zachodzie, były oficer GRU Wiktor Suworow. W „Lodołamaczu” przedstawił tezę, że atak Hitlera ubiegł sowiecką ofensywę na wykrwawioną Europę. Na Su- worowa nastąpił frontalny atak naukowców, dziennikarzy i polity­ków. Wyprodukowano nawet książkę „Lodołamacz-2”, podwa­żającą ustalenia autora.

W sukurs Suworowowi przy­szedł inny rosyjski historyk Mark Sołonin. W kilku książkach do­stępnych również na naszym ryn­ku księgarskim, szczegółowo, punkt po punkcie obalał stare schematy i udowadniał teorię, że faktycznie Stalin przygotowywał się do ofensywy na Zachód. Są to znakomicie udokumentowane i napisane książki, ale skierowane do odbiorcy już „wyrobionego”, o sporym potencjale wiedzy. Nowa książka Sołonina „Pranie mózgu” jest odpowiedzią na potrzeby czytelników mniej zorientowa­nych w temacie. Na 366 stronach zawarł krytykę największych mi­tów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, od przygotowań do ataku na ZSRS, poprzez pierwsze miesiące agresji, aż do wyliczeń dotyczą­cych dokładnej liczby strat ludnościowych, jakie w tej wojnie ponie­śli Sowieci.

Korzystając z niedawno ujaw­nionych archiwaliów, obalił tezę, jakoby Stalin z niejasnych przy­czyn lekceważył doniesienia wy­wiadu o nadciągającej wojnie.

Wielka czystka wywiadu
W ramach tak zwanej wielkiej czystki wiatach 1937-1940 zlikwi­dowano większość kierownictwa sowieckich służb specjalnych. Za­strzelono siedmiu z ośmiu kolej­nych szefów GRU, wszystkich sze­fów wywiadu NKWD, większość z najważniejszych nielegałów kie­rujących zagranicznymi siatkami wywiadowczymi oraz prawie całą czołówkę wywiadu radiowego i dekryptażu. Dlaczego zdecydo­wano się na takie posunięcie, zwłaszcza w sytuacji, gdy ludzie ci nie zagrażali pozycji Stalina, do dzisiaj nie wiadomo. Jest kilka teo - rii, niektóre wzajemnie się wyklu­czające.

Co prawda rozstrzelano kie­rownictwo i oficerów prowadzą­cych, ale ogromna ilość agentury przetrwała. Wynikało to przede wszystkim z tego, że byli to ludzi ideowi, szczerze wierzący w ko­munizm. Pomimo że byli wyna­gradzani, w niektórych przypad­kach wyjątkowo wysoko, głów­nym ich imperatywem była wiara w rewolucję, a jak wiadomo, ta czasami zabija swoje dzieci. W mentalności agentów-rewolucjonistów mieściło się zabijanie tych, których posądzano o odchylenia trockistowskie czy bucharionowskie. W ówczesnych czasach nie było to nic nadzwyczajnego.

Zanim odtworzono siatki szpie­gowskie, nawiązano ponowne kontakty, minęło kilka miesięcy, a w wielu przypadkach nawet kilka lat. Część agentów została całko­wicie utracona i dotyczyło to także rezydentury w kluczowym dla tamtego okresu Berlinie. Borys Gordon, wieloletni rezydent wy­wiadu NKWD w Niemczech, został odwołany do Moskwy i stracony w 1937 r. Jego następca Aleksander Agajanc w tym samym roku zmarł w szpitalu po „nieudanej” operacji wrzodów żołądka. Następny rezydent przybył dopiero w sierpniu 1939 r. Był nim Amajak Kobułow, typowy siepacz Berii, bez znajo­mości kraju i języka. Na „stanie” NKWD i GRU w roku inwazji byli - pomijając dziennikarzy, adwoka­tów, kupców i pracowników am­basad akredytowanych w Berlinie

Porucznik Harro Schultze-Boysen, były urzędnik departamentu łączności Ministerstwa Transpor­tu Lotniczego, Arvid Hamack, rad­ca ministra gospodarki Rzeszy, „Ariac”, czyli Rudolf von Schelihy, radca w MSZ, oraz „Italianiec”, do­tąd nieujawniony oficer wywiadu Krigsmarine. Jak wynika z powyższej listy, nie byli to agenci uplaso­wani na najwyższych, decyzyj­nych szczeblach władzy.

W związku z powyższym rodzi się pytanie - a Sołonin je właśnie zadaje - jaka była wartość przesy­łanych informacji? Nie trzeba było być agentem wywiadu, aby wnio­skować, że w 1940/1941 r. dojdzie do wojny. Mówiło się o tym w każ­dej niemieckiej gospodzie. Alar­mowały o tym wszystkie źródła, od Londynu począwszy, na War­szawie skończywszy I co z tego, skoro żadne tak naprawdę nie wskazało dnia ataku. Rozpiętość czasowa była duża, a to jesień1940, a to późna wiosna 1941 lub ponownie wiosna, tyle że 1942. Im bliżej do ataku, tym więcej sprzecznych informacji - atak na­stąpi w marcu lub maju albo może w czerwcu. Jak na tej bazie budo­wać jakąkolwiek strategię? Co po­cząć z takimi danymi? Próba ofi­cjalnej mobilizacji armii mogłaby zostać potraktowana przez Hitle­ra jako działania wrogie, tożsame z wypowiedzeniem wojny Propa­gandowo wódz III Rzeszy by na tym tylko skorzystał.

Stalin zakładał, że zaatakuje Hitlera, jako pierwszy. Dlatego zlekceważył informacje o szczegółach planu ,Barbarossa”
Analizując wnikliwie dostępne raporty wywiadowcze, trzeba zwrócić uwagę na rzeczy na ogół pomijane i odrzucić te podawane powszechnie, gdyż potwierdzają pewną tezę. Klasycznym przykła­dem jest tu siatka Richarda Srogiego w Japonii. Jak się okazuje, raporty te właściwie informują o tym, że wojna będzie miała miej­sce. Ale nikt, ani w 1940 r., ani na wiosnę 1941 r. nie wiedział, kiedy wybuchnie. Nie mógł tego wie­dzieć, gdyż sam Hitler nie podjął jeszcze decyzji. Dotyczy to także planu „Barbarossa” z początków 1941 r., który ni mniej, ni więcej mówił, że należy przygotowywać się do krótkiej, błyskawicznej woj­ny z Sowietami. Nie było tam daty, a tym bardziej szczegółów opera­cyjnych czy wielkości armii. I z tym był największy kłopot.

Dezinformacja czyni cuda
Informacje wywiadu z tego okre­su były w większości czystą dezin­formacją i Stalin o tym wiedział. Dezinformacja dotyczyła trzech podstawowych płaszczyzn. Pierw­szą z nich były szacunki wielkości armii niemieckiej. Z góry uprzedźmy, że wielkość sił niemieckich zo­stała znacznie przeszacowana, a i tak była mniejsza niż w czasie kam­panii na Zachodzie. Źle zostały po­dane dane dotyczące dywizji pierwszego ataku, jednostek za­plecza. Kłamliwe były również informacje dotyczące jednostek stacjonujących na Zachodzie.

Po drugie, całkowitą dezinfor­macją było określenie w tych ra­portach kierunku ataków. Wska­zywały one przede wszystkim, że uderzenie nastąpi na południo­wym i północnym odcinku frontu, chociaż z historii już wiemy, że główną osią ataku był środek i tam zgrupowano największe siły pan­cerne. Na kuriozum zakrawa fakt odkryty przez Sołonina - doty­czący informacji na temat celów lotnictwa niemieckiego. Otóż ra­porty informowały, że celem bę­dzie Moskwa i elektrownia w Ka­relii. Pomijając tu oczywisty non­sens - Niemcy nie posiadali bom­bowców mogących dolecieć z ob­ciążeniem do stolicy Sowietów - to z logiki wynika, że powinni - i tak też się stało - unieszkodliwić lotnictwo wroga w strefie przygra­nicznej. A powiedzmy sobie wprost, że lotnictwo sowieckie dysponowało znaczącą przewagą w ilości i nie ustępowało znacznie jakością lotnictwu III Rzeszy.

Trzecim i najważniejszym ele­mentem dezinformacji zawartych w raportach było stwierdzenie, że Hitler przed rozpoczęciem dzia­łań militarnych prześle ultima­tum. Z takiej perspektywy wydaje się całkowicie uzasadnione działa­nie Stalina, który nie dowierzał in- formacjom wywiadu

0 czym myślał Stalin?
Dlaczego Stalin, mając świado­mość niemieckich przygotowań, zalewany raportami wywiadu na temat nadchodzącej wojny, nie podjął kroków zaradczych? To jest główne pytanie historyków! We­dług Sołonina wpływ na to miały dwa czynniki. Pierwszym i nąjważ - niejszym była przygotowywana ofensywa sowiecka na kierunku zachodnim. Wojska Armii Czerwo­nej rozlokowane były do ataku i w momencie uderzenia hitlerow­skiego właśnie podlegały rozwi­nięciu, które miało zakończyć się w lipcu 1941 r. Wielkość tej armii zna­cząco przewyższała siłę wojsk ko­alicji hitlerowskiej. Problem pole­gał na tym, że w momencie nie­mieckiego ataku siły te nie były jeszcze docelowo rozlokowane i było to jednym z głównych powo­dów klęsk latem 1941 r. Po drugie, Stalin, zakładając, że po drugiej stronie ma obliczalnego przeciw­nika, uważał, że Niemcy nie zdecy­dują się na atak tak skromnymi si­łami, wbrew wszystkim zasadom strategii wojennej, stąd też lekce­ważył dostarczony mu plan „Bar­barossa”. Nawet przeszacowane przez wywiad sowiecki siły Wehr­machtu i SS nadal znacząco odbie­gały od możliwości sowieckich. W tym miejscu warto przytoczyć fragment stenogramów z odprawy wyższych oficerów GRU w grud­niu 1940 r„ na których Filip Golikow, szef GRU, mówi wprost: „Po­rozumienia niemiecko-radzieckie są wynikiem dialektycznego ge­niuszu Stalina (...). Ryzyko wojny z Niemcami nie istnieje. Hitler i jego marszałkowie mają zbyt wiele po­czucia realizmu, nie są maniakami ani lunatykami i nie zamierzają po­pełnić samobójstwa. (...) W nadziei na ocalenie Anglii Stany Zjedno­czone zaatakują Niemcy. ZSRR bę­dzie więc tylko czekać, aż wybije dla niego godzina, aby wyzwolić świat, gdy wszyscy wrogowie już się wykrwawią”.

Błędy sowieckiego wywiadu, błędy Stalina, to tylko jedna z fa­scynujących historii II wojny świa­towej. Coraz częściej podejmowa­ne próby wejrzenia wewnątrz prawdziwych przyczyn konfliktu sowiecko-niemieckiego pozwalają zdobyć inne perspektywy i być może przybliżają nas do prawdy o tym najkrwawszym z konfliktów zbrojnych.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Nasze Forum "VOX MILITARIS" Strona Główna -> PRZECZYTANE W PRASIE I W INTRNECIE
Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5  Następny
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5  Następny
Strona 1 z 5

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 - 2005 phpBB Group
Theme ACID v. 2.0.20 par HEDONISM
Regulamin